DRODZY CZYTELNICY

Mówimy o wybaczaniu bez zapominania, o czci oddawanej wiernym córom i synom Ojczyzny, o tkwiącej w nas pamięci krzywd i ofiar poniesionych od katów narodu polskiego… Tu nie może być żadnej ambiwalencji, żadnego pobłażania, żadnego zapomnienia, choć właśnie mija 80 lat od września hańby i zagłady. Czy jednak wytrwamy, mając wokół siebie bogactwa trywializmu i wpływów? Musimy, by nasze dzieje nie skończyły się w ziemi pełnej kości tych, co nie ulegli…

W sieci pamięci

DRODZY CZYTELNICY / W sieci pamięci

Przez ponad 40 lat komuniści wypierali z naszych ojców, a potem i z nas, prawdę o 17 września. Nie chcieli, byśmy nawet myśleli o zdradzie czerwonych sąsiadów, którzy pamiętali nie tylko klęskę w Bitwie Warszawskiej, ale i honor polskiego pana. Złamali nie tylko obowiązujący polsko-sowiecki pakt o nieagresji, ale i wszelkie normy ludzkiego bytu.
Ucieczka od wspomnień tego podłego czasu nic nie da. Nie pomoże nawet czytanie łagrowskiej literatury, czy oglądanie łotrowskich filmów. Trzeba znaleźć własną opowieść, dzieje własnego przodka, by nie ugrzęznąć w mieliznach niedomówień i półprawd.
Przykładów nie mamy tak wiele, więc warto je przytoczyć. Oto Monika Hawryluk wspomina swego dziadka Lucjana Piotrowskiego, przedwojennego   policjanta, który jak bardzo wielu polskich żołnierzy, trafił w ręce wroga. Przewieziony wraz z innymi do Kozielska, czekał na transport do Katynia…  Cudem udało mu się uniknąć śmierci w katyńskich lasach. Odbył wykańczającą drogę na Syberię. Zawsze mi mówił: gdy musisz spać na mrozie, nigdy nie kładź się na ziemi. Znajdź jak największy kamień i na nim się połóż. Kto zasnął na ziemi już nie wstał…
Nigdy nie wierzyliśmy w kłamstwa o wyzwoleńczym pochodzie. Przez dziesiątki lat nazywano wariatami tych, którzy twierdzili, że zbrodni katyńskiej dokonali Rosjanie. Dziś znamy prawdę. Możemy o niej głośno mówić, możemy być dumni z naszych bohaterów. Ich trud nie poszedł na marne…

Z kolei mój dziadek Konstanty Tchórzewski za Uralem przeżył prawie dwa lata. Dostał się tam tuż po wejściu NKWD na polskie ziemie. Za konia, z którym jako ułan nie chciał się rozstać. Omal nie zginął, uciekając przed ruską branką. Zabili konia, a jego do łagru. Żywili ich brukwią, a znaleziony i upieczony kartofel był rarytasem. Wrócił chory, zawszony i wychudzony do niecałych 50 kg. Do końca życia nie wrócił już do dawnego zdrowia, a kiedy opowiadał o życiu na Syberii, przestawał być sobą. Miałem wtedy najwyżej 9-10 lat i trochę się go wtedy bałem. Dopóki nie zaśpiewał pieśni zesłańców, dopóki nie ucałował medalika, dopóki się nie uśmiechnął…

Ileż można o tym wszystkim pisać i mówić? Nie tylko można, a trzeba, byśmy nie pozwolili sobą aż tak poniewierać. I nie chodzi tu li tylko o wojnę, okupację czy inną niewolę w tradycyjnym rozumieniu. Tu chodzi o wolność naszych serc i sumień, o wolność ekonomiczną, polityczną i mentalną. Nie dajmy się, gdy chcą nas zapędzić w kozi róg genderyzmu, lgbt czy multiculti.
Wiara, nadzieja i miłość chroniły naszych przodków, więc niech i nas bronią od wszelkiego złego…

Numer: 38 (1146) 2019   Autor: Wasz Redaktor



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *