Spotkania w MZM

Rozmowa z Henrykiem Wujcem i Sewerynem Blumsztajnem. Właściwie to, że siedzą tutaj obok siebie zakrawa na coś w rodzaju cudu. Dwa skrajnie różne życiorysy – Blumsztajn z lewicowych komandosów, którzy system zaczęli rozmontowywać niejako od wewnątrz, Wujec polityczne i społeczne szlify odebrał w Klubie Inteligencji Katolickiej – a jednak dziś są przyjaciółmi. Trudno chyba o wymowniejszy przykład pluralizmu ponad burzami historii

Odcienie opozycji

Spotkania w MZM / Odcienie opozycji

Nazbyt często zapomina się dziś, że opozycja antykomunistyczna nie była monolitem, jak również o tym, że jej płomień rozgorzał w samym rdzeniu potwora. Gdy w 1964 roku Jacek Kuroń i Karol Modzelewski pisali słynny List Otwarty, za który później poszli siedzieć, byli członkami PZPR i wcale nie walczyli o wolność, lecz wołali o bardziej ludzką twarz samego komunizmu, który ich zdaniem zboczył z drogi wyznaczonej mu przez Marksa w stronę dyktatury i republiki kolesiów.
Blumsztajn, który za posiadanie kopii Listu już jako 19-latek poznał gorzki smak śledztwa oraz jego przegranej, zaznacza, że wiara w możliwość zreformowania systemu hołubiona początkowo przez Kuronia dość szybko się wyczerpała. I nie chodziło o ideologię ani wielkie patriotyczne hasła. PRL na łopatki rozłożył katastrofalny stan gospodarki. W przeciwnym razie – podsumowuje naczelny „Gazety stołecznej” – mogłoby być u nas podobnie jak obecnie w Chinach – naród nie głoduje, więc systemowi nie grozi rewolucja, nie musi pokazywać kłów, a jak już pokaże, lud i tak stanie murem za władzą. W imię brzucha.
Wujec mówi sporo o wybaczaniu oprawcom. W polityczną zawieruchę dostał się na dobre dość późno, bo przez KOR, ale i tak nieźle oberwał. Jak na jedno z zebrań u Kuronia wpadli bojówkarze UB, prawie go zabili. Jednak nie chowa urazy.
Żeby właściwie zrozumieć zarówno PRL, jak i mechanizmy oporu wobec niego – mówią obaj zgodnie – trzeba sobie uprzytomnić, że był to ustrój, w którym naprawdę dawało się żyć, przynajmniej tym, co nie chcieli zbyt dużo. Zaś sami partyjni przywódcy, gdy wydawali rozkaz strzelania do górników albo dekretowali stan wojenny, uważali, że postępują w imię osobliwie pojętego, ale jednak dobra ojczyzny. I właśnie tę koncyliacyjną postawę najtrudniej przełknąć. Ludzie, którzy – jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać – powinni najzacieklej sekować członków dawnej nomenklatury, nie mają w sobie nawet grama złości i zacietrzewienia, to nie ich rzecz rozliczać.
Pytani o zbyt łatwe dezawuowanie swoich osiągnięć przez prawicowych polityków, historyków i publicystów, zarzucanie im zdrady KOR-owskich i solidarnościowych ideałów i pójście na okrągłostołowe kompromisy, tylko rozkładają ręce. Niuansów historii nie pojmie ten, kto nie siedział na ubeckim przesłuchaniu, a teraz wydaje osąd na podstawie powyciąganych z teczek strzępków zeznań sprzed czterdziestu lat, często uzyskanych na skutek sprytnych psychologicznych podchodów i braku doświadczenia młodych ludzi postawionych twarzą w twarz z czymś, co ich przerosło. Nie wszyscy i nie od razu nauczyli się mówić: odmawiam odpowiedzi. A nieraz były to postaci wręcz tragiczne.
Jeśli zaś idzie o Okrągły Stół, Wujec i Blumsztajn podkreślają zwłaszcza dwie kwestie: to, że dzięki niemu udało się dokonać zmiany ustroju bez krwawej rewolucji (a jak kończą rewolucjoniści, wiemy wszyscy) oraz fakt, iż wbrew powszechnemu dziś mniemaniu komuniści w większości wcale nie garnęli się do rozmów.
PRL-owskich elit też nie dało się ot tak po prostu wymienić czy odsunąć. Możliwe to było jedynie w NRD, gdzie przedstawicieli poprzedniej nomenklatury – dyrektorów przedsiębiorstw, inżynierów czy wysokich urzędników państwowych – wymiótł desant z zachodnich Niemiec. W Polsce, podobnie zresztą jak w innych krajach bloku postsocjalistycznego, taka gwałtowna operacja odcięcia mogłaby grozić poważnymi reperkusjami. Zmiana warty musi się odbyć stopniowo i jest to praca na kilka pokoleń, pod którą rok ’89 jedynie podłożył podwaliny. Tutaj partyzancka strategia się nie sprawdza.
Patrząc na nich, na tak skrajnie odmienne indywidualności – Wujec z sercem na dłoni, gadatliwy, Blumsztajn jak gdyby ściśnięty, małomówny, ożywia się tylko przy konkretach – można uwierzyć, że podziały nie muszą być ostatecznością.

Numer: 2010 28   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *