Mińsk samorządowy

Zamknięta właśnie wystawa upamiętniająca 20-lecie samorządu w powiecie mińskim nie cieszyła się frekwencją aż tak oszałamiającą jak inne projekty MZM. Trudno w zasadzie mieć o to żal – w społecznej świadomości samorząd jest obecny od wyborów do wyborów, ewentualnie gdy coś w mieście lub gminie idzie nie tak. Nie ma się co burzyć – jest to oznaka normalności. Niemniej trochę szkoda, że wielu z nas, nie wyłączając autora tych słów, jednak się nie skusiło. Było kilka cym esików

Romantyzm pionierów

Mińsk samorządowy / Romantyzm pionierów

Dlaczego nie przekrój z całości, tylko wyimek z lat 1990 – 94? Raz, że brak w muzeum odpowiednio dużej sali, a nawet sal, by historię dwóch dekad samorządności ukazać w pełnej krasie i alternatywą jest prześlizgnięcie się po łebkach; dwa, że tak naprawdę to właśnie ta kadencja wyznaczyła kierunek na wszystkie późniejsze lata. Jest więc jakby naturalnym punktem odniesienia, fenomenem bez precedensu. Trudno jednak przełożyć to na język zrozumiały dla tzw. przeciętnego zwiedzacza wystaw i stąd frekwencyjne fiasko.
Gdy weszło się do sali, wszechogarniająca biel papieru mogła na pierwszy rzut oka dołować – fakt. Trzeba było wytężyć wzrok, żeby dostrzec atuty. Archiwalne zdjęcia, kserokopie uchwał, programy wyborcze kandydatów na radnych – a wszyscy wciąż młodzi, piękni i chyba odrobinę niedowierzający, że oto naprawdę dzierżą stery władzy w swoich rękach. W roku 1990 takie pojęcia jak wójt, burmistrz, rada ciągle pobrzmiewały nutką science fiction, które nagle nieoczekiwanie się spełnia.
- No bo to właśnie tak było – konkluduje jeden z lokalnych badaczy historii (rozmowa była prywatna, na ulicy i zupełnie o czym innym, więc nie powinno się ujawniać nazwiska) – kiedy w latach 80 powstawały te nieśmiałe zręby reformy samorządowej, były pisane ot tak sobie, na zasadzie wesołej twórczości co by było gdyby i a nuż, praktycznie na wariata. Nikt nie myślał na poważnie, że system aż tak szybko runie, że z miast i gmin znikną mianowani odgórnie czerwoni naczelnicy. Wtedy, gdy to się stało, to była naprawdę wielka sprawa. Entuzjazm i takie rzeczy.
I chyba rzeczywiście tamta pierwsza pionierska kadencja miała w sobie jakiś posmak romantycznego porywu. Można było się o tym przekonać najdobitniej przy stoliku z archiwalnymi numerami lokalnej prasy – skromnym zdaniem piszącego najciekawszym miejscem ekspozycji. Chyba nigdy później na prasowych szpaltach nie było tyle poezji, co w wyglądających dziś archaicznie i samizdatowo wydaniach „Nowego Dzwonu”. Co numer, to wiersz – w tym wiele autorstwa Zbigniewa Piątkowskiego.
Czasy nie były może jakoś bardziej poetyckie, ale z pewnością bardziej optymistyczne, zadziorne w dobrym tego słowa znaczeniu. A dziś?
- Ja nie znam nazwisk wszystkich radnych – mówi zagadnięta kobieta – sprawozdania prasowe z sesji śledzę też raczej pobieżnie. Ale najważniejsze, żeby dobrze rządzili, nie robili tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla ludzi.
- Ta kadencja, która zacznie się po wyborach – dodaje starszy mężczyzna, najwyraźniej lepiej zorientowany w meandrach samorządu – będzie borykać się z potężnym brakiem zaufania, które obecna ekipa zmarnowała. Ja w każdym razie daję im bardzo ograniczony kredyt.
Jeśli 20 lat uznać za pewien zamknięty cykl, na kolejne walne podsumowanie przyjdzie poczekać do roku 2030. Jeśli zaś papierkiem lakmusowym mierzącym dawkę optymizmu ma być ilość wierszy na łamach prasy, to gdy podejdziemy do stolika z archiwalnymi czasopismami z roku 2010, poczujemy się chyba lekko skonfundowani.

Numer: 2010 24   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *