Kultura bycia

Sposób ułożenia ciała na wózku, głowa odchylona w tył… to wszystko sprawia, że Monika Chrystoph wygląda jakby trwała w jakiejś niemal mistycznej ekstazie. A może faktycznie coś jest na rzeczy. Ciało to tylko powłoka, liczy się dusza – tak mówi i, jak mało kto, ma do tego prawo. Jej ciało jest dla niej więzieniem. Wolne są myśli, które w jej przypadku zwykle przyjmują kształt poetyckich wersów

Wolna duchem

Kultura bycia / Wolna duchem

Gdy zostaje wniesiona na pałacową scenę i Marzena Grzyb przystawia jej do ust mikrofon, każde słowo wyrywa się z jej krtani jak z kleszczy – oporne, napięte wysiłkiem, a mimo to uparte, łaknące wybrzmienia. Ale nawet wbrew wrogości materii, kiedy mówi: „miłość, to przez miłość zaczęłam pisać wiersze siedemnaście lat temu”, lśni, unosi się. Miłość, wiara, przyroda, ale niestety i cierpienie to fundamenty jej twórczości, którą teraz dzięki tomikowi „Melodie mojej duszy” i poświęconemu jej konkursowi recytatorskiemu odkryli mińscy gimnazjaliści i licealiści.
Monika jest twarda. Sporo przeszła w życiu – upokorzenie, gdy w Siedlcach podcięli jej skrzydła mówiąc, że jest zbyt niepełnosprawna, by studiować psychologię; bolesny proces godzenia się z chorobą, które, jak żarliwie wyznaje, nie byłoby możliwe bez Boga i dwóch wspólnot, do których należy; krytyka jej wierszy. Jak ją zniosła? Ba, po tym co przeszła, parę nieprzychylnych słów to dla niej nic.
Zresztą nie pisze dla laurów a dla ludzi, dla wszystkich – podkreśla. W prostych frazach zamyka najprostsze doświadczenia. Krytyk czy literaturoznawca nie będzie miał tu wiele do roboty, to nie jest poezja na katedry czy do podręczników. Ale, choć miejscami trąci ckliwością, nie jest też naiwna. Ocala ją autentyzm.
Dziś – a jest to wtorek 23 marca – Monika ma swój dzień. Słucha występów laureatów konkursu, którego finał odbył się w lutym. Alek Dembrowski od Salezjanów to już recytatorski weteran, nie dziwota, że zgarnął złoto. Karolina Kalina z GM-3 – trochę zalotna. Adrianna Michalak od Jana Pawła – jeszcze zielona, ale się opierzy. Marcin Majchrzyk – wyróżnienie – wyrzuca z siebie wiersz niczym dalekopis, też jakaś metoda. Anna Rosołek i Adrianna Rosochacka – prasa jeszcze o nich usłyszy, na razie też wyróżnienia.
Monika skromnie dziękuje. Młodzi zrobili to tak, jak sama by chciała, gdyby mogła normalnie mówić, gdyby nie brakowało jej oddechu.
Na deser impresjonistyczny spektakl „Liber Vitae” w wykonaniu uczestników warsztatów terapii zajęciowej Caritas, w których także Monika brała udział. Znaleźli nawet jeden z jej starych obrazów. Bo Monika nie tylko pisze, lecz maluje. Sztuka to przecież wolność, brama, przez którą nie dający się ujarzmić duch ucieka od pęt materii.
Tacy mniej lub bardziej „spętani” stanowią – jak za raportem ONZ wylicza Marzena Grzyb – około 13 procent populacji naszego kraju, zaś w skali całej ludzkości 10 procent. Tak naprawdę dopiero od niedawna wychodzą z ukrycia. Jeszcze sto, ba, pięćdziesiąt lat temu, przeważnie byliby powodem do wstydu, ich status jako pełnych ludzi byłby mocno dyskusyjny. Integracja, przynajmniej w Polsce, to na dobrą sprawę kwestia dopiero ostatnich dwóch dekad, w Mińsku jednej dekady.
Zetknięcie się z nimi tak blisko bardzo przypomina wielokrotnie opisywane przez Ryszarda Kapuścińskiego doświadczenie obcowania z Tym Innym. Ale oni nie są Afrykańczykami ani Hindusami. A mimo to dzieli nas przepaść. Jej zasypywanie, zresztą coraz odważniejsze, to bez wątpienia wspaniały i szlachetny cel. Jest jednak pewien problem.
Przymiotnik „niepełnosprawny” wciąż knebluje usta, co w przypadku ludzi parających się sztuką jest kłopotliwe. Artysty nie określa orzeczenie lub jego brak, tylko jakość tego, co wychodzi spod jego ręki. A przynajmniej tak być powinno. Najważniejsza zaś jest – jak mówi Monika – pasja i nie poddawanie się przeciwnościom. Niby nic tu odkrywczego, ale czasem warto sobie to powtórzyć.

Numer: 2010 13   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *