Goście mińszczan

Serial ważniejszy od męża. Faceta od biedy można wymienić, jeśli się nie sprawdzi, a jak wpadniesz w świat ulubionych bohaterów, nie ma zmiłuj – wsiąkasz na amen. Niech się pali i wali, ale ty musisz wiedzieć, co tam na Deszczowej. Afganistan czy Irak daleko, a Kinga i Piotr to już jakby rodzina. Może to i trochę obrazoburcze, ale nieźle oddaje twórczą filozofię Ilony Łepkowskiej

Łepkowska przedemerytalna

Goście mińszczan / Łepkowska przedemerytalna

Może i przez te dwa lata, jakie upłynęły od poprzedniej wizyty w Mińsku (wtedy gościła na zajęciach MUTW), przybyło jej kilka zmarszczek, ale charyzma ta sama. A do tego jest książka „Ł jak Łepkowska” – wywiad rzeka przeprowadzony przez Andrzeja Opalę. Czy można wymarzyć sobie lepszy powód do spotkania w bibliotecznej czytelni we wtorkowe popołudnie? W każdym razie Dariuszowi Mólowi to wystarczyło.
A jej wysokość, choć niezmiennie twarda jak Roman Bratny, jakby ociupinę zmęczona, zniechęcona. Nawet coś o rychłej perspektywie przejścia w stan spoczynku przebąkiwała. Musi jeszcze doprowadzić do wieku męskiego swe ostatnie ubarwione szczęściem dziecię, zaszlachtować jedną z głównych postaci (tutaj po sali idzie mróz) i da nura do ogrodu, w którym też będzie miała co robić. Ale spoko – zanim wygasi piec, pozostawi potomności dwie romantyczne fabuły w pełnym metrażu.
Jak zaś każdy, kto wsuwa się w złotą jesień życia, na wiele spraw zaczyna patrzeć z tak zwanym dystansem. Jej widzenie w sposób naturalny kieruje się oczywiście na ekran. A na nim – co tu dużo kryć – bryndza. Seriale tak się rozpleniły, że zaczynają sobie włazić w paradę, co oznacza niechybny początek końca ich złotej ery. Co do samej Łepkowskiej, to ją ostatnio kręci „Seks w wielkim mieście” i „Sześć stóp pod ziemią”, ale u nas to się nie przyjmie – nie byłoby dostatecznego zbytu, więc lepiej poprzestać na kupnie oryginału.
Oczywiście o pozycję swego flagowego okrętu „M jak Miłość” jest zupełnie spokojna. Nie dość, że przychody lekką ręką sfinansowały nowy gmach telewizji – a przynajmniej Łepkowska tak szacuje – to Mostowiakowie wyrobili sobie żelazny elektorat, który trwa za nimi murem jak wyborcy za PSL.
Jej produkcje – zauważyła sentencjonalnie – nie są może najmądrzejsze, ale na pewno są dobre, dopieszczone i tego nikt nie może jej odebrać. Tylko, że niektórzy aktorzy za bardzo brykają. Ale w sumie przecież zawsze można pozwać agenta – trzeba sobie radzić inaczej kaput, zjedzą cię, rozdziobią szubrawcy.

Upór i konsekwencja – oto klucze do sukcesu. Ilonę Łepkowską z przedsiębiorstwa spedycji mięsnej wywiodły do dwustumetrowego domu. Przydaje się też umiejętność gotowania – chociażby po to, aby wyprawić wspaniałą kolację z okazji doktoratu syna, życiowego partnera albo nakarmić Opalę wyśmienitym ciastem śliwkowym. Ale chęci, tego przysłowiowego kopa, coraz mniej. Za to coraz więcej fabrycznej orki. Nie chce się już. Najwyższy czas zacząć zbierać owoce. Tym bardziej, że jest z czego.
Swego czasu trafną definicję talentu ukuł król horroru Stephen King stwierdzając, że jeśli napisałeś coś, z czego będziesz w stanie opłacić rachunek za światło znaczy, że jesteś prawdziwym pisarzem. Łepkowska wypełniła tę regułę co do joty. Nie wstydzi się, że jest wyrobnikiem, a wręcz daje się odnieść wrażenie, że się tym leciutko chełpi.
Niby wszystko fajnie, a jednak trudno zaprzeczyć, że gdyby wszyscy tak myśleli, nie powstałby ani „Ulisses” ani „Obywatel Kane”. Ale z drugiej strony wszystko sprowadza się do pryncypiów – jedni wolą otwierać drzwi percepcji, inni bramę luksusowej willi z ogrodem.

Numer: 2010 13   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *