Pałac teatralny

Tłok na schodach? Zapchane foyer? Trzeba szukać miejsca na podłodze, bo osławionych na setkach fotosów pałacowych krzeseł zabrakło? Czy to możliwe? W Mińsku? Tak, przyjaciele i sąsiedzi, to jest możliwe. Jeśli w piątek 12 marca zjawiłeś się za późno i nie miałeś rezerwacji albo kogoś znajomego, kto trzymałby ci miejsce, nie było szans na siedzenie. Tylu konsumentów kultury szacowna siedziba Dernałowiczów dawno chyba już nie widziała. Tylko czy aby na pewno o kulturę szło?

Persony i chucie

Pałac teatralny / Persony i chucie

Starzy wyjadacze doskonale wiedzą, że do teatru przychodzi się w mniejszym stopniu na sztukę, a bardziej na nazwiska. Czasem reżyserów – Klata, Lupa, a kiedyś Hanuszkiewicz lub Swinarski – ale częściej aktorów, i to otoczonych nimbem gwiazdy, co w dzisiejszych czasach nie wynika z przychylności lub chłodu krytyków, lecz częstotliwości bywania u Kuby Wojewódzkiego i w kolorowych żurnalach.
Oczywiście można pospekulować, że mińszczan z domów wyciągnęła Iwona Bielska („Wesele”, Magda M” czy „Niania”) albo Mikołaj Grabowski (m. in. kardynał Ratzinger w „Janie Pawle II” i ojciec Joasi w „Małej wielkiej miłości”), ale to raczej strzał kulą w płot. Sprawcą publicznościowego wytrysku, o którym jeszcze nasze wnuki będą prawić, był Tomasz Karolak. Nie dosyć, że prawie swój (a prawie w tym przypadku nie robi różnicy) to na dokładkę jak ulał spełnia celebryckie warunki.
Spektakl – wszak o niego powinno tu ostatecznie chodzić – nosił tytuł „O północy przybyłem do Widawy, czyli opis obyczajów III” i stanowił dokonaną i wyreżyserowaną przez Grabowskiego kompilację tekstów ks. Jędrzeja Kitowicza, Henryka Rzewuskiego i cudzoziemców odwiedzających Polskę za czasów Króla Stasia. Co więcej, mińszczanie dostąpili wyjątkowego zaszczytu oglądania absolutnej prapremiery tegoż kolażu będącej zarazem jego pierwszą próbą generalną. Przy pełnej, a nawet przepełnionej widowni!
No więc jak to było za Poniatowskiego? Jak łatwo się domyślić, źle. Kwitł nierząd, król chodził na smyczy carycy Katarzyny, która codziennie musiała ostro tankować, żeby uciszyć raka toczącego jej miejsca intymne na skutek wieloletniej rozwiązłości, szlachta rozpijała zakonników, a najpowszechniejszą chorobą obok Wenery był lęgnący się we włosach kołtun, który potwornie śmierdział i nie dawał się odciąć. Metod przesłuchiwania podejrzanych nie powstydziliby się śledczy z Guantanamo, zaś na końcu całą tę menażerię i tak zeżarła szarańcza. A tak w ogóle dziecko nawet wie, że najlepiej było za Augusta III.
Niewiele zabrakło, ażeby to ciągnące się przez dwie godziny panoptikum wypaczeń i bezeceństw – przeważnie o podłożu genitalnym i gastrycznym – zabiło nudą. Ale na szczęście były punkty zwrotne. Zadarta spódniczka Bielskiej, której charyzmatyczne aktorstwo, nawiasem mówiąc, uratowało ten Titanic przed katastrofą, Karolak odsłaniający brzuch i spuszczający spodnie, strzelanie do tablicy z abecadłem i unoszący się nad sceną zapach prochu – tak, to zdecydowanie pomogło nie zasnąć, czemu zaduch niestety sprzyjał.
A gdy już było naprawdę gorąco – w każdym znaczeniu tego słowa – aktorzy przełamali sceniczny gors i w myśl zasady, że teatr powinien wychodzić do ludzi, ruszyli między rozemocjonowaną publikę z nie tak znowu symbolicznymi naparsteczkami żołądkowej. Ożyły dawne przyjaźnie (głównie Karolaka), zadzierzgały się nowe, a reżyser prosił o krytyczne uwagi. Wszak to dopiero generalna, coś jeszcze można wygładzić, podopinać albo porozpinać.
No dobrze, ale co właściwie Grabowski poprzez te dawne zapiski chciał nam powiedzieć? Bo że chciał, że była w tym zamyślona jakaś alegoria, metafora ogólniejsza, to jest pewne jak tłok na sali. Świadczyły o tym choćby wyraźnie pijące do współczesności stroje. Że nierządem Polska stoi? Że na początku była chuć? Że król tyle wart na ile nałożnica mu pozwoli? Że władza się demoralizuje, a głupi naród za nos wodzić się daje? Że choćbyś najwspanialszy samogwałt zaliczył, nadziei nie masz na lepsze? Mniejsza o to, i tak przecież chodzi o gwiazdę, która rozwieje gnuśność.
Piątkowy spektakl to niezaprzeczalny dowód, że – wbrew tezom niektórych publicystów – mieszkańcy miasta nad Srebrną bynajmniej nie są kulturalnie niedoinformowani. Trzeba tylko zapodać im odpowiednie nazwisko. Mniejsza o repertuar. Ale to zawsze tak działa. A Kitowicz jak do Grabowskiego nie zadzwonił tak nie dzwoni. Ciekawe dlaczego.

Numer: 2010 12   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *