Mińsk pokutny

Może, dla niektórych będzie to epokowe odkrycie, ale ks. Jan Twardowski nie był tylko specem od biedronek i, powtarzanych jak echo, przynagleń do kochania. W swoich medytacjach o Drodze Krzyżowej objawia się jako człowiek głębokiej wiary, ale również subtelny humanista, który o męce Jezusa potrafi sugestywnie opowiedzieć nawet niewierzącemu lub wątpiącemu. Gdy zaś dołożyć do słów muzykę, otwierają się jakieś tajemnicze wrota percepcji

Krzyżowe impresje

Mińsk pokutny / Krzyżowe impresje

Po raz pierwszy te niezwykłe drzwi zostały uchylone w 2001 roku w Krakowie przez saksofonistę Marka Stryszowskiego i klawiszowca Cezarego Chmiela. To właśnie oni zaaranżowali pobrzmiewający odważnym nowoczesnym jazzem podkład do tekstów księdza-poety, w którym, oprócz nich, misteryjne rozważania o ostatniej ziemskiej podróży Jezusa przejmująco zilustrowała trąbka Tomasza Kudyka i perkusja Tomasza Grochota na zmianę z Janem Pilchem.
Projekt „De Profundis” miał oficjalną płytową premierę w Wielki Piątek 2001 roku w kaplicy św. Kingi w Wieliczce, po czym rozpoczął nadzwyczaj obfity samodzielny żywot, docierając m. in. do Hiszpanii, Kanady i Stanów Zjednoczonych. Zaś przed trzema laty krążek doczekał się wzbogaconej o nowe wymiary brzmień reedycji. Czym jednak byłaby muzyka bez wyśmienitych recytacji? W zawsze cieszących się dużą popularnością koncertach brali udział Jan Jankowski i Jan Nowicki. W niedzielę 28 lutego w słynącym z ambitnych mariaży sztuki z religią dolnym kościele św. Antoniego muzykom towarzyszył potężny siłą swej skromności Edward Lubaszenko.
Boleśnie trafne wydaje się to odwołanie w tytule do Psalmu 130. De profundis – z głębokości, z głębokości bólu, samotności, poniżenia, a chwilami zwątpienia i strachu. Oto, jaki obraz Jezusa kreśli za pośrednictwem krakowskich artystów ksiądz Jan od Biedronek. Jego rozważania, podobnie jak większość Dróg Krzyżowych, nie koncentrują się jedynie na postaci Mesjasza – poprzez niego przeprowadzają paralelę do ludzkiego życia w ogóle, jednak nie wpadają w grzęzawiska ideologii czy pułapki doraźnej publicystyki. Choć zanurzone w nauce Kościoła Katolickiego, wspinają się na rzadkie u polskich kaznodziejów wyżyny uniwersalizmu.
Ale on, dzięki poetyckiemu widzeniu zarazem cechującemu się niesamowitą prostotą trafiającą słowem w rzecz, schodzi do samego jądra spraw ciemniejącego poza kotłowaniną religijnych i światopoglądowych podziałek. Dobro niepodparte czynami jest sentymentalne i ckliwe, łzy bez miłości są nic nie warte – te konstatacje można odnieść do każdej szerokości geograficznej. Uwierzylibyście, że coś takiego wyszło spod pióra, które zrodziło, do cna już wytartą i przyprawiającą o białą gorączkę, frazę „spieszmy się kochać ludzi”?
Wielu chrześcijan, przyznając się do tego czy nie, nauczyło się dostrzegać w krzyżowej męce Jezusa rodzaj krwawego teatru, w którym aktorzy po prostu odegrali przydzielone im rolę, a on sam jedynie udawał cierpienie, by dać przykład. Modny na Zachodzie filozof kultury Słavoj Żiżek posunął się nawet do wniosku, że albo było właśnie tak albo Jezus tuż przed skonaniem przez chwilę był ateistą – w końcu wołał: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?!”
Ksiądz Twardowski widzi w nim człowieka takiego jak my wszyscy, który jednak podjął heroiczny trud, obcy większości z nas. To przekonuje nawet serce przeorane zwątpieniem.

Numer: 2010 11   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *