Muzeum w kolorach

Jak na obecne normy Anna Gibała debiutuje stosunkowo późno – pierwszą wystawę zaliczyła w zeszłym roku. Ma to jednak swoje zalety.  Nie tylko bowiem wyśmienicie zadziałał element zaskoczenia, ale też okres długiej inkubacji dobrze wpłynął na warsztat i talent malarki. Opanowanie narzędzia i żywa wyobraźnia, która nie chce się ograniczać, to nieczęsty zestaw u początkujących

Kształt proteuszowy

Muzeum w kolorach / Kształt proteuszowy

Ekspozycja prac Anny Gibały to zaledwie początek większego projektu Muzeum Ziemi Mińskiej noszącego tytuł „Malarze mińscy”. W trzech muzealnych salach można obejrzeć przekrój jej twórczości, do której kluczem może być przymiotnik „proteuszowa”. Podobnie jak owo mitologiczne bóstwo morskie, wyobraźnia artystki bez ustanku zmienia kształty, nie chce się podporządkować jednej konwencji czy palecie barw.
Proteuszowość charakteryzowała zresztą całe jej życie, choć zawsze jakoś tam oscylowało ono wokół sztuki. Od najmłodszych lat miała zamiłowanie do architektury, co nawet widać w niektórych jej pracach. Był również okres, kiedy zarabiała krawiectwem. A teraz malarstwo – też tkwiło w niej od dawna, ale dopiero dziś, gdy ma dużo czasu, wybuchło. Nie traktuje go jednak jak zawód. To po prostu pasja. A pasja daje wolność – nie trzeba się ograniczać kaprysami rynku, oczekiwaniami publiczności. Pani Anna stosuje tylko jedno żelazne kryterium, a jest nim bezwzględna perfekcja.
Mówi, że wszystko co robi – niezależnie czy smaruje chleb masłem, czy szyje, nie wspominając o kładzeniu farb – stara się wykonywać jak najdokładniej. Efektem jest niezwykłe, rzucające się od razu w oczy pochylenie nad szczegółem, wyczucie cienia, pietyzm konturu.
Na początku oglądającego witają obrazy niemal realistyczne – widok z okna, miejski park, błyski chylącego się ku zachodowi słońca unoszące się na tafli rzeki i padające na pnie drzew, portret męża w sokratejskiej pozie… Potem zanurzamy się w podkreślony błękitem wystroju wymiar fantazji, w których artystka przepuściła świat przez filtry impresyjności czasami powłóczystej i graniczącej z sennością, kiedy indziej precyzyjnej, bliskiej grafice komputerowej. Daje tu o sobie znać fascynacja Beksińskim.
Wreszcie zostajemy nagrodzeni kwiatami, którym jednak również bliżej do baśniowych majaków niż martwych natur. Wśród nich szczególnie przyciąga nocny bukiet oświetlony zaborczym fioletem, który – jak przyznaje sama artystka – niezwykle trudno jest ujarzmić i ożenić z innymi kolorami. A kolor i światło to dla Gibały instrumenty podstawowe. Ma to pewnie po Holendrach, których ubóstwia. Mimo iż w większości obrazów zrezygnowała z gaszenia barw, nie ma się poczucia przejaskrawienia czy pstrokacizny, a jedynie pełnego nasycenia, wykorzystania możliwości materii do maksimum.
Anna Gibała nie zamierza się zmieniać, co w jej przypadku oznacza pozostanie zmienną niczym grecki Proteusz. Co rusz inspiruje ją coś innego – raz będzie to poświata rzucana przez uliczną latarnię, kiedy indziej zaś płótno Vermeera. Wieczne migotanie, falowanie, uporczywa ucieczka przed korytem pragnącym pochwycić strumień jej myśli – oto zadanie na przyszłość, któremu chce pozostać wierna. A wszystko to w rytmie słuchanego przez nią namiętnie jazzu. - Malarstwo to najsłodsze z oszustw – podsumowuje.
Efekty będzie można podziwiać w pałacyku przy Okrzei do 26 lutego. Artystka od niedawna posiada też galerię internetową pod adresem: www.annagibala.com. Zbiory na razie skromne, ale będą się rozrastać.

Numer: 2010 07   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *