Z Mińska – Gucewicz

Pisarz, który z prowincji wyfrunął w wielki świat, jest skarbem. Może nie tylko – jak Mickiewicz, Reymont czy Faulkner – przemienić swą miedzę w wielką sztukę, ale też, przynajmniej dopóki żyje, powracać do ziomków, by nieco podleczyć ich kompleks niższości. Krystyna Gucewicz nie gra w tej samej lidze, co wyżej wymienieni, ale w słodzeniu na pewno bije ich na głowę

Gadki w pudrze

Z Mińska – Gucewicz / Gadki w pudrze

Mimo konkurencyjnego wernisażu na górze, pałacowa czytelnia nieomal pękała w szwach. Częściowo sprawił to magnetyzm roztaczającej nimb warszawskich salonów doktorówny, która nad Srebrną ma grono akolitów, ale niemały udział we frekwencyjnym spęcznieniu musiała też mieć jej przyjaciółka, Krystyna Czubówna. Panie solidnie sypały brokatem, a odczytywane profesjonalnym (pomimo braku aktorskich szlifów) prezenterskim głosem literackie fragmenty jeszcze przydawały poloru.
Powroty Krystyny Gucewicz do ziem, w których spoczywają szczątki pochowanego przez nią wróbla, są coraz bardziej sentymentalne. Ale chyba w równej mierze co lokalny koloryt sprawia to fakt, że Mińsk najzwyczajniej wyładniał. Choć pisarka wciąż nie może zdecydować się na spędzenie tu nocy, przechadzając się mińskimi ulicami czuje się prawie jak w małym, schludnym niemieckim miasteczku. Ba, nawet przydrożne dziwki bardziej szykowne i czystsze. Minęły czasy wszetecznej Małgośki, która w pojedynkę obsługiwała wszystkich facetów w okolicy. A więc Europa pełną gębą. – możemy czuć się dumni. Z dawnego Mińska pozostały unieśmiertelnione w prozie, co to sama się Krystynie Gucewicz magicznie napisała, oddzielne ławki w kościele dla pań i panów, rodzinne sagi i nasza własna święta Franciszka.
Schowane w kuferku pamięci, przedestylowane i wyzłocone jakoś przetrwały natarcie „Ekspresu Wieczornego”, który – jak nieskromnie wyznała artystka – wymagał całkowitego oddania, ale w zamian otwierał drzwi kariery i dawał przepustkę do towarzystwa, gdzie wszyscy są po imieniu i zgodnie sąsiadują w Wikipedii. Publiczność z zapartym tchem słuchała o brawurowym czytaniu wierszy przez tryskającą skojarzeniami Alinę Janowską, podczas gdy Sławka Łozińska zagryzała wargi, a zły jak osa Wojtek Malajkat wychodził z siebie.
A Zygmunt Kałużyński? Ten to dopiero kopalnia środowiskowych dykteryjek! Abnegat z wyboru – nie sposób było przejść obok niego bez zatykania nosa, znikające na bankietach kanapki znajdowały przystań w kieszeniach jego dżinsów nierzadko tak wyświeconych od brudu, że przypominały skórę, ale jakże cudownie oglądało się z nim filmy w Cannes. Fakt, większość projekcji zwykle przesypiał, ale niezawodny instynkt krytyka, działający niezależnie od świadomości zawsze nieomylnie budził go w kluczowych momentach.
Słodkość nie osiągnęłaby oczywiście pełni bez dawki liryki, którą Krystyna Gucewicz również z powodzeniem się para. Tu z lektorską pomocą znów przyszła Krystyna Czubówna. Strofy doktorówny, jak ona sama zwiewne są, psotne i przy tym niekoniecznie dyskretne, sukcesem zaś pachną niczym szwajcarskie czekoladki – nic tylko się delektować. Dobre, bo opłacone bólem kręgosłupa, który stanowi największą pisarską dolegliwość Krystyny Gucewicz.
I jeśli czegoś nasza literatka żałuje, to tego, że pokolenie komputerów i kablówki nie będzie już miało tak czarownych wspomnień z dzieciństwa. Zresztą jej własne też nie do końca odpowiadają średniej krajowej z lat 50. Wyznała, że długo żyła w przeświadczeniu, iż wszyscy mają tak wspaniałe rodziny i tak baśniowych sąsiadów. Tak, szczęście miała doprawdy wyjątkowe. Mogła przecież przyjść na świat w rodzinie kurwy i pijaka – jak sama nazwała ten rodzaj  rodowodu.
Nie jest tylko pewne, czy pogląd ten podziela jej komputer. Wszak to dzieci najróżniejszej maści wykolejeńców, samobójców i  dewiantów zapisały najznamienitsze karty w dziejach literatury. Ci z puderniczkami niestety najczęściej gaszą światło. Ech, życie!

Numer: 2009 51   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *