Mińsk wystawowy

Z czym kojarzy się Janów Podlaski? Wielu zapewne z końmi. Ale są też tacy – ich wcale liczna grupa przybyła ostatnio do pałacowej galerii – którzy zapytani o to miejsce, natychmiast i bez namysłu odpowiedzą - Maciej Falkiewicz, też koniarz a do tego malarz. To dla niego dyrektor Markowska zrobiła wyjątek urządzając wernisaż nie w czwartek, jak jest już w zwyczaju, a w sobotę

Lekcja grzyw

Mińsk wystawowy / Lekcja grzyw

Któregoś dnia zjawił się u niej dyrektor GM-3, Mirosław Samociuk i powiedział, że właśnie w Janowie podczas aukcji poznał ciekawego człowieka. Zapytana czy go zna, musiała niestety skapitulować. Ale od czego w końcu jest Internet? Nie minęło wiele czasu, gdy Joanna Wilczak przywiozła z jego autorskiej galerii 36 prac, które od 18 października mogą oglądać mińszczanie.
Urodzony w Lublinie studia ukończył w 1974 roku na warszawskiej ASP. Jak sam wspomina, do Janowa trafił przypadkowo dzięki plenerowi malarskiemu. Na stałe osiedlił się tam blisko 20 lat temu, by móc łączyć pasję hippiczną i malarską. W zabytkowym osiemnastowiecznym dworku Ryttów uruchomił obok galerii również Dom Pracy Twórczej. W polu jego artystycznych widzeń znajdują się przede wszystkim pejzaże, portrety i zwierzęta. I to właśnie one walczyły tej soboty o uwagę widzów.
Mazowieckiej duszy powinny owe płótna być bliskie z całą swoją pastelową, jedwabistą rustykalnością – z tymi ciągnącymi się aż po bezkres polami pod łagodnie zachmurzonym niebem, z tak uwielbionymi przez malarza końmi grzebiącymi w świecącym błękitnawo śniegu lub dosiadanymi przez strojną pannę, z wiejskimi Burkami trzymającymi w dobrotliwym pysku martwego ptaka, czupurnymi kogutami. Oku mazowieckiemu powinny być drogie te chłopskie sylwetki o twardych, jak z Reymonta wziętych obliczach, w tępych walonkach, baranicach i zgrzebnych koszulach.
Powinny, ale nie są – a przynajmniej nie oku i nie duszy piszącego te słowa. Obrazy Macieja Falkiewicza były pierwszymi z oglądanych przeze mnie w pałacowej galerii, z jakimi miałem autentyczny problem. No bo niby to wszystko ładne, poprawne, zrobione, a jednak brak temu jakiejś iskry. Przesuwając spojrzeniem po eksponatach, narasta poczucie, że ogląda się po prostu odrobione zadanie domowe. Ale z kogo? Z Malczewskiego? Z polinezyjskiego Gogaina? Tyle, że zamiast fascynacji dziką Tahiti dostajemy swojskość podniesioną do setnej potęgi.
Człowiek jednak staje się z czasem cholernie rozpieszczony. Dostał nieco autystycznej psychozy Siudzińskiego, kwartę fantasmagorii Golińskiego, a nawet kolorków Mironiukowej i już wybrzydza, marudzi, kręci noskiem. No ale co poradzić, kiedy nie zachwyca. I nawet trąbka Mikołaja Tabako ani pianino Andrzeja Mikulskiego nic tu nie pomogły – nie weszło.
Pejzaże są nieśmiertelne. Pejzaże przeżyły kubizm, dały radę Jacksonowi Pollockowi, nie mówiąc już o tym, że wymiotły naiwnych futurystów, którym nomen omen właśnie stuknął okrągły wiek. Pejzaże i konie to odtrutka na hucpę sztuki współczesnej, z której nikt nic nie kuma.
Ale na szczęście to nie kwestia znawstwa, a tylko gustu. A przecież o gustach się nie dyskutuje. Każdy walczy o to, co mu drogie.

Numer: 2009 43   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *