Mińsk paradny

I tak już obfity kulturalny pejzaż Mińska wzbogacił się o nowy element. W przedostatnią niedzielę wakacji na pałacowym tarasie wystartował festiwal orkiestr dętych – kolejne z serii przedsięwzięć firmowanych przez Mińskie Towarzystwo Muzyczne. Mimo szybko zapadającego o tej porze zmierzchu, chłodu i przedjesiennej melancholii publiczność dopisała, a gorycz przełamującego się lata osłodziły towarzyszące popisom trębaczy piękne tamburmajorki

Młodość z ustnikiem

Mińsk paradny / Młodość z ustnikiem

Udział w niedzielnym przeglądzie wzięły cztery zespoły – Młodzieżowa Orkiestra OSP z Ostrowi Mazowieckiej pod batutą Sławomira Gągolewskiego, Miejska Orkiestra Dęta z Sulejówka Akord kierowana przez Edwarda Myśliwczyka, orkiestra OSP z Płośnicy z przewodzącym jej Janem Wiśniewskim oraz nasza MOD z Marcinem Ślązakiem za dyrygenckim pulpitem. Rej wodzili młodzi, a zwłaszcza widowiskowe paradne dziewczyny, które towarzyszyły Płośnicy i Sulejówkowi.
Ale każda z prezentujących się grup to obok niewątpliwego talentu muzyków, również kawał historii. Pierwsze wzmianki o orkiestrze przy OSP w Ostrowii datują się już na 1904 rok, gdy proboszcz tamtejszej parafii przekazał strażakom zbędne kościelne instrumenty, z których wiele  obecnie jest przechowywanych jako eksponaty w Sali Tradycji. Blisko dziewięćdziesiąt procent dzisiejszego składu stanowią uczniowie ostrowskich szkół.
Także sulejówecki Akord, który nie od razu Akordem się stał, może poszczycić się długą, bo sięgającą 1929 roku kartą. Niestety jej część jest tragiczna – we wrześniu `39 wraz ze spaloną przez Niemców remizą przepadł cały ich dobytek, a w okresie powojennym próby reaktywowania nie dawały żadnego skutku aż do roku 1999. Zaczynali na instrumentach odziedziczonych po orkiestrach wojskowych. Na swoim koncie mają wiele występów, jednak – jak sami mówią – najwięcej satysfakcji przyniósł im wyjazd do Paryża.
Na tym szacownym tle zarówno Płośnica istniejąca zaledwie od trzech dekad jak gospodarze, którzy dopiero co uzyskali pełnoletniość, bynajmniej nie wyszli na młokosów. Choć mińszczanie chyba pozazdrościli kolegom po ustniku tamburmajorek, które wedle reguł sztuki pełnią funkcję reprezentacyjną, ale też pokazują maszerującym i zasłoniętym połyskliwymi tubami instrumentów muzykom kierunek. W niedzielę nie było przed pałacem za dużo maszerowania, co zaś tyczy się kierunków, w których podążały wydmuchiwane i werblowane tony, busola z pewnością by oszalała.
Festiwal pokazał, że przysłowiowa siła orkiestr polega nie tylko na ich szykowności, dużym potencjale dźwięku i rytmie, lecz również na nadzwyczajnej tolerancji repertuaru. W dętych aranżach znalazło się bowiem miejsce i na klasyczny rock and roll z lat pięćdziesiątych i na kujawiaka Wieniawskiego. Była chwileczka zapomnienia z piosenką Hanny Banaszak, ale też wiązanka melodii znad Sekwany, czy jeden z przebojów wszech czasów -  „Blue moon” Richarda Rodgersa. Janusz Komóda, choć początkowo przez wrodzoną skromność nie chciał się zgodzić, dał funkową solówkę na klarnecie, zaś mińscy muzycy jako całość pochwalili się absolutnie premierowym w swoim repertuarze wykonaniem mocno latynoskiego utworu z filmu „Dzieci Sancheza”.
Na wielki finał wszystkie orkiestry połączyły siły i – by jeszcze raz podkreślić jedność brzmienia w wielości inspiracji – wykonały preludium chorałowe Johana Haydna (młodszego brata wielkiego Józefa) i „Dziękuję za muzykę” Abby.
Gdy umilkły oklaski, za muzykę podziękował również burmistrz Grzesiak, który poczuł się wywołany do tablicy nieśmiałymi napomknieniami organizatorów o zbyt małym terenie do występowania. Zaproponował, by festiwal odbywał się rokrocznie w przedostatnią niedzielę wakacji, ale czy pałacowy amfiteatr pomieści wszystkich, kiedy prestiż imprezy się umocni?

Numer: 2009 35   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *