Mińsk religijny

Dzwonią do mieszkań, chcąc rozmawiać o Bogu. Są przesadnie uczciwi, ale nie uznają transfuzji krwi i reagują obrzydzeniem, gdy zaproponować im kawałek kaszanki. Większość z nas postrzega ich jako nieszkodliwych dziwaków, których się spławia albo zatrudnia, bo dobrze pracują. Nie mamy jednak pojęcia o ich faktycznej potędze ani o dramacie tych z nich, którym przydarzyło się nieszczęście myślenia

Świadkowie błądzący

Mińsk religijny / Świadkowie błądzący

Wiele zagadek dotyczących Świadków Jehowy można było rozwikłać podczas nadzwyczaj ciekawego spotkania z Szymonem Matusiakiem, byłym członkiem tego ruchu, który przyjechał do Mińska na zaproszenie tutejszego zboru baptystów. Wbrew pozorom brat Szymon nie przywiózł kuferka pełnego kompromitujących sensacji ani tym bardziej nie zamierzał nakłaniać do kamienowania świadków. Jego celem było możliwie najrzetelniejsze przeanalizowanie historii oraz doktryny organizacji, której członkiem był ponad 20 lat, w tym aż 14 jako starszy zboru.
Już na początku obalił stereotyp, podkreślając, że świadkowie to wyznanie potężne. W Polsce są trzecim po katolikach i prawosławnych ruchem religijnym liczącym ok. 130 tys. czynnych członków, którzy przynajmniej raz na pół roku mają obowiązek chodzić i nauczać. Mimo iż nadal spotykają się z obojętnością, czy wręcz niechęcią, coraz częściej zyskują nowych zwolenników, a następnie wyznawców, a proces ten – jak zauważył prelegent – będzie się nasilał. Dlaczego? Za odpowiedź może posłużyć historia samego Matusiaka.
Jego kontakty ze świadkami zaczęły się w stanie wojennym. Obracał się wówczas
w kręgach kontestujących system, ale dość szybko się nimi rozczarował. Świadkowie zaproponowali młodemu człowiekowi coś, czego anarchizujący buntownicy nie mieli, a mianowicie rygoryzm moralny, duchową żarliwość i silne poczucie wspólnoty, na której zawsze można polegać. Te przymioty przyciągają również i dzisiaj, gdy wielu ludzi boryka się z zagubieniem i wewnętrzną pustką, a drogowskazu i lekarstwa nie znajdują w tradycyjnych kościołach cierpiących na charyzmatyczną zapaść. Co zatem sprawiło, że po tylu latach gorliwej służby został wykluczony? Otóż, zaczął być zbyt dociekliwy.
Główną cechą świadków, jaka rzuciła mu się w oczy, gdy zaczął sprawę dogłębnie penetrować, był doktrynalny bałagan i zadziwiający brak konsekwencji. Stały one zresztą już u ich początków, gdy baptystyczny kaznodzieja William Miller wyznaczył drugie przyjście Chrystusa na rok 1843, a następnie przesunął je o kolejny rok. Datę paruzji przekładano jeszcze wielokrotnie, zaś wobec kolejnych pomyłek Badacze Pisma Świętego – to właśnie z nich w roku 1931 wyłonili się świadkowie Jehowy – zamieniali przyjście na obecność, by na końcu uznać, że Jezus wcale nie jest Synem Bożym, lecz wcieleniem archanioła Michała, a chrześcijaństwo to kongregacja diabła.
Dzieje świadków obfitują w fałszywych proroków, zwłaszcza dwóch. O ile jednak Charles Russel mimo całego teologicznego poplątania miał duszę poszukiwacza (studiował religie Wschodu) i głosił otwartość i tolerancję, o tyle Joseph Ratheford zasiał twardogłowego kalwinistycznego ducha izolacjonizmu i wrogości. To on wyznacza dziś kierunek rozwoju organizacji. Doszło do tego, że rezydujące na Brooklynie ciało kierownicze potrafi modyfikować naukę dosłownie
z miesiąca na miesiąc. Przykłady Matusiak pokazywał na cytatach ze „Strażnicy”, sztandarowego pisma propagującego idee świadków. Na wszelkie wątpliwości istnieje tylko jedna odpowiedź: Wczoraj prawda była taka, dziś jest inna.
Uprzytamnia to ogrom umysłowego zniewolenia członków zborów – lojalność wobec starszych ponad wszystko, nie wolno utrzymywać kontaktów z nikim spoza grupy, a jeśli już to wyłącznie w celu pozyskania. Odchodzący są piętnowani, a nawet – jak w przypadku Matusiaka – oczerniani. A najtragiczniejszy okazuje się fakt, że ci, co pukają do naszych drzwi, mimo iż widzą w nas jedynie target, w gruncie rzeczy nie są w swym działaniu perfidni – z reguły szczerze wierzą, że ratują nas przed zagładą.
Czy ignorancja lub – co również się zdarza – szczucie psem to najlepsza strategia obrony? Bynajmniej. Szymon Matusiak nie odstręczał od rozmowy, zastrzegł jednak, że w dyskusję wdawać mogą się jedynie ludzie naprawdę obeznani w Biblii i mocni wiarą. Pozostałym doradzał podzielenie się świadectwem tego, co Jezus uczynił w ich życiu. A nade wszystko prosił, by do świadków podchodzić z chrześcijańską miłością oraz, by modlić się za nich.
Za niego ktoś modlił się przez siedem lat. Poskutkowało – wrócił z drogi błędu
w kochające ramiona Chrystusa.

Numer: 2009 25   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *