Mińskie losy

Bóg pisze prosto po krzywych liniach ludzkiego życia. Dowodów na prawdziwość tej maksymy jest wiele i można by mnożyć je w nieskończoność, a jeden z nich z pewnością stanowi Marian Kroszczyński. Od dwunastu lat członek pocztu sztandarowego AK, wcześniej radny, a oprócz tego kierowca, żołnierz, który zdobywał Berlin oraz partyzant – i to jeden z ostatnich

Szczęściarz

Mińskie losy / Szczęściarz

Miał piętnaście lat, kiedy wybuchła wojna. O czym mógł wtedy marzyć zwykły chłopak z Anieliny? Cóż, nie były to zbyt skomplikowane projekty – zdobyć porządny fach, poznać dziewczynę, ot żyć, jak wszyscy. Niestety, jego los Historia złamała
i postawiła na głowie już na początku drogi – zanim dane mu było poczuć smak kobiecych ust, posmakował piachu sypiącego się na twarz w leśnej ziemiance, nim wziął na ręce córkę, oglądał śmierć kolegów, którzy nieostrożnie wychylili się z okopu.
Do partyzantki wciągnął go starszy brat, który walczył w piątym ośrodku obwodu „Mewa – Kamień” w Jakubowie. Było lato 1942 roku, matka oczywiście płakała, ale Kroszczyński złożył przysięgę. Walka za ojczyznę dla jego pokolenia nie była tylko romantycznym sloganem – oni naprawdę szczerze w to wierzyli. Sporo było niebezpiecznych momentów – nosił meldunki i parę razy Niemcy go capnęli, ale miał Ken-kartę (oficjalnie nadal chodził do szkoły), więc go puszczali.
Dwa lata później został wcielony do tworzącej się właśnie Drugiej Armii, gdzie o leśnej przeszłości lepiej było milczeć.
W ludowych szeregach przeszedł szlak bojowy od Warszawy przez Kołobrzeg, a stamtąd do Berlina. Kroszczyński obsługiwał działo, nie był więc na pierwszej linii frontu, ale dobrze pamięta zdobywanie stolicy Rzeszy – niebo ciemne od alianckich samolotów, przedmieścia w gruzach, a samo miasto prawie wyludnione. Przez cały ten czas panu Marianowi towarzyszył szkaplerz, który matka podarowała mu, gdy szedł do wojska. „On cię ochroni” – powiedziała. I rzeczywiście, nie był nawet draśnięty.
Szczęście nie opuszczało go i później. Jego pluton skierowano do warszawskiej cytadeli, gdzie mieścił się główny sztab,
i tam, pracując w zaopatrzeniu, spokojnie odsłużył pozostałe półtora roku. W randze porucznika wrócił do Mińska, a wkrótce się ożenił i przeżyli ze sobą ponad pół wieku. Fach miał w ręku – jeszcze w wojsku wyuczył się na kierowcę – więc z pracą nie było problemów, zwłaszcza, że kierowców wtedy brakowało. Najpierw jeździł u prywaciarza, potem w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni
i wreszcie na taksówce. Zbudował dom, dorobił się dzieci… nie narzekał na życie
w komunizmie. Zwykłym ludziom było wtedy dużo lepiej niż teraz, panowała większa życzliwość, nikt nie żarł się o stołki, nie gonił za kasą.
I tylko jeden feler był w tym wszystkim – Polska Ludowa jemu i innym chłopcom z lasu zamknęła usta. Ich wojenne CV zaczynało się dopiero w Drugiej Armii, partyzantkę należało zapomnieć. Prawie nie utrzymywali kontaktów, nie spotykali się, wielu odżegnało się od konspiracyjnej przeszłości, wstępując do PZPR. Marian Kroszczyński ich nie potępia, bo choć szczerze podziwiał ideowców, którzy nigdy nie pogodzili się z czerwoną władzą, najważniejsze było, aby po prostu jakoś normalnie żyć. Socjalistyczny ustrój był przecież jedyną i – jak wówczas powszechnie sądzono – ostateczną postacią rzeczywistości.
Zresztą ojczyzna nie zapomniała o jego zasługach, co uświadamia lewa strona marynarki galowego munduru, który zakłada na patriotyczne uroczystości. Pierwsze odznaczenie dostał już w roku 1947, potem brązowe medale za Berlin i Kołobrzeg, a w Trzeciej Rzeczypospolitej krzyż walecznych AK. W swojej kolekcji Kroszczyński ma też kilka odznaczeń z Kraju Rad, ale ich nie przypina – jakoś niesmacznie. Pozostałych, nawet otrzymanych za komuny, się nie wstydzi – niezależnie bowiem czyje ręce je dawały, wie, że na nie zasłużył. I tego nikt mu nie zabierze.
Wolna Polska umożliwiła powtórne zjednoczenie leśnej braci – wreszcie mogli otwarcie mówić o przeszłości – ale oprócz tego nie zrobiła właściwie nic. O swoich bohaterach, nie tylko zresztą z AK, przypomina sobie głównie w okolicy wyborów, albo gdy trzeba dowalić politycznemu przeciwnikowi. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść – zostaną martwe daty w podręcznikach i pomniki, które tak naprawdę nic nie znaczą.
Ale nie trzeba popadać w defetyzm. Nieraz było chłodno, głodno i do domu daleko, a mimo to wytrwał. Jest człowiekiem spełnionym – nie tylko w małżeństwie czy zawodowo, ale również społecznie.
Z dumą niesie sztandar, przy którym ze starej wiary zostało ich tylko dwóch.

Numer: 2009 21   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *