Mariawickie święcenia

Mińska wspólnota mariawicka wzbogaciła się o nowych diakonów. W sobotę 4 kwietnia biskup Marian Jabłoński wyświęcił dwóch młodych seminarzystów – Grzegorza Millera i naszego współpracownika, dzięki któremu mińszczanie mogli lepiej poznać mariawityzm, Tomasza Mamesa

Nowi w darze

Mariawickie święcenia / Nowi w darze

Godność diakonatu sięga jeszcze czasów apostolskich, kiedy wobec nadzwyczaj dynamicznego rozrastania się chrześcijańskiej rodziny zaistniała potrzeba ustanowienia pomocników dla apostołów. Poprosili oni wówczas, by wspólnota wybrała spośród siebie siedmiu mężczyzn odznaczających się wyjątkową gorliwością. Gdy zaś to uczyniono, ustanowili ich pierwszymi diakonami. Jednym z nich był pierwszy znany z imienia męczennik Kościoła św. Szczepan.
Ostatni szczebel przed kapłaństwem pozwala młodym wybrańcom dostąpić przywileju czytania ewangelii i udzielania komunii. Obdarzając ich stułami biskup Jabłoński podkreślił, iż z sobotniej uroczystości cieszy się podwójnie – nie tylko bowiem wierni zyskają kolejnych pasterzy, a ich rodziny wiele bożych łask, ale również on poczuł się osobiście wyróżniony, gdyż wskutek – jak się wyraził – krzyża, który Pan włożył mu na ramiona, nie był pewny, czy będzie mu dane udzielić święceń.
Z kolei brat kapłan Fidelis, który pod koniec mszy skierował słowo do zebranych, podziękował obecnym w świątyni rodzicom obu diakonów. Wyznał, że gdy przed wielu laty on sam odbierał święcenia, nie mógł liczyć na rodzicielskie wsparcie. Młodym szafarzom zaś starał się z braterską życzliwością uświadomić jak dalece zmieni się teraz ich życie. Przestrzegł, że służąc Bogu będą musieli zmierzyć się z wieloma trudnościami, być może nawet z materialnym ubóstwem, jednak decydując się na rezygnację z siebie, z pewnością zyskają wiele bezcennych skarbów duchowych.
W odniesieniu do mariawityzmu wzmianka o trudnościach nie jest jedynie zwykłą figurą retoryczną. Choć – jak zauważył biskup Jabłoński – w Mińsku panuje przyjazny duch, codzienność nie jest usłana różami. Kłopoty z katechezą w szkołach, niechęć niektórych katolickich księży, gdy mariawita zamierza podawać dziecko do chrztu albo wstąpić w ekumeniczny związek małżeński, czy niejasności wokół cmentarza dodatkowo pogłębiają odczucie bycia mniejszością towarzyszące starokatolikom od początku ich istnienia.
Minęły wprawdzie czasy, gdy mariawickie kościoły obrzucano jajami, a założycielkę ruchu Marię Franciszkę Kozłowską nazywano pomyloną schizofreniczką, tym niemniej wciąż możemy mówić o pewnego rodzaju chłodnej rezerwie ze strony Kościoła Rzymskiego, swoistym nieufnym obchodzeniu szerokim łukiem. Prawdopodobnie właśnie to będzie największym wyzwaniem, jakiemu w pracy duszpasterskiej przyjdzie stawiać czoła młodym diakonom, jak również tym, którzy podążą ich śladem, do czego gorąco zachęcał biskup Jabłoński.
Najlepszą metodą na przełamywanie barier zawsze jest poznanie. Sobotnia uroczystość była dobrą ku temu sposobnością. Ten kto tego dnia wybrał się do kościoła przy Traugutta, przekonał się, że odbywająca się tam celebracja nie jest jakimś egzotycznym obrzędem, lecz piękną liturgią, w której – zwłaszcza dzięki bogatym i przejmującym śpiewom – wyraźnie dał się odczuć rys bizantyjski.
Kontakt z odmiennym typem obrzędowości – nawet jeżeli pozostaje ona w obrębie chrześcijaństwa – jest doświadczeniem głęboko transgresyjnym. Człowiekowi areligijnemu pokazuje, iż mimo poluźnienia więzi z Kościołem Katolickim, został ukształtowany przez rzymską tradycję daleko subtelniej, niż podejrzewał. Może też stanowić wyśmienite ćwiczenie otwarcia przed spotkaniem z religiami niechrześcijańskimi.

Numer: 2009 15   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *