Tacy mińszczanie

Janusz Wantusiak mówi o sobie - lekarz od skór. I rzeczywiście wyroby skórzane są mu bliskie już od pół wieku. Od czterech dekad prowadzi w Mińsku własny sklep, w którym nie tylko sprzedaje, ale również – a ostatnio przede wszystkim – leczy. To prawdziwy kaletniczy as – tym cenniejszy, że jeden z ostatnich

Król galanterii

Tacy mińszczanie / Król galanterii

Kaletnikiem został z przypadku. Los zdarzył, że w warszawskiej spółdzielni Varsovia był akurat wolny etat, więc został przyjęty na ucznia. Z czasem polubił to zajęcie, a nawet dorobił się tytułu mistrzowskiego. W Varsovii przepracował dziewięć lat, ale mimo iż udało mu się tam osiągnąć wysokie stanowisko, płace były marne, nie mówiąc o tym, że nie mógł realizować swoich ambicji. Nie uśmiechały mu się też rozpanoszone partyjne układy. Wtedy zaczął myśleć o przejściu na swoje.
Otwarcie interesu w stolicy okazało się nadzwyczaj trudne. Czerwone pająki – jak kwaśno nazywa działaczy komunistycznego aparatu – nie ułatwiały życia tym spoza kliki, a ponadto były dosyć pazerne. W Mińsku też nie było z górki, ale pan Janusz miał punkt zaczepienia w postaci wuja, który prowadził zakład wulkanizacyjny. Pomoc rodziny pozwoliła uzyskać zezwolenie na rozkręcenie działalności. I tak oto skórzany interes trzyma się już czterdzieści lat.
Branża nie była szczególnie konkurencyjna, tym niemniej w latach 70 i 80 w mieście funkcjonowało co najmniej kilkanaście zakładów jak choćby należący do świętej pamięci Krupiańczyka. Czas jednak przerzedził ich szeregi, a zapowiadająca się początkowo na złoty okres transformacja ustrojowa i związane z nią kapryśne przemiany gustów sprawiły w końcu, że po krótkiej prospericie zarówno kaletnictwo jak i galanteria skórzana stały się dziedzinami nieomal muzealnymi. Nawet w Warszawie zakłady, cechy i spółdzielnie – w tym również ta, w której pan Janusz stawiał pierwsze kroki – popadały jak muchy. A ostatni gwóźdź do ich trumny wbiła zalewająca nasz rynek tania i byle jaka chińszczyzna.
Dziś zamiast kupować lub zamawiać do szycia drogie wyroby ze skóry klient woli pójść na bazar i za 15 - 20 złotych nabyć chińską podróbkę. Niestety z reguły po paru tygodniach i tak zjawiają się u pana Janusza z prośbą o naprawę, której koszt zwykle dorównuje cenie nowej rzeczy, a bywa, że ją przerasta. Pstrokate plecaczki i skajowe torebki stanowią obecnie większość pacjentów w gabinecie doktora Wantusiaka. Oczywiście robi co może – wszywa, nituje, wzmacnia – ale lichy materiał i kiepskie wykonanie nie dają zbyt rozległego pola do popisu.
Pokrzykiwania ekologów i obrońców praw zwierząt, że wytwarzanie i noszenie skórzanych ubrań jest niehumanitarne, galanteryjny as kwituje pobłażliwym uśmiechem. Czy humanitarne i ekologiczne jest zaśmiecanie planety truchłami chińskich pstrokadełek? Nie dosyć, że będą się rozkładać przez dobrych kilkaset lat, to jeszcze przy tym wydzielają toksyczne substancje. Z kolei naturalna skóra – na przykład cielęca – rozłoży się w mig bez najmniejszego uszczerbku dla środowiska. Poza tym jest bardzo zdrowa. Zarzucanie jej coraz mniej licznym miłośnikom bezduszności wobec najprawdziwszego holocaustu, jaki każdego dnia odbywa się w rzeźniach na całym świecie zakrawa na zwykłą hipokryzję.
Dziś klientela Wantusiaka jest nad wyraz skromna. Zdarzają się dni, kiedy dzwoneczek nad drzwiami nie zadźwięczy ani razu, jednak ci, którzy tu zaglądają to wypróbowani przyjaciele bądź nieliczni przedkładający trwałość i jakość nad królującą na ulicach azjatycką taniochę. Dzięki nim pan Janusz wychodzi na swoje, a nawet może sobie pozwolić na zatrudnianie pracownicy. Przed kilkoma miesiącami wraz z żoną na stałe przenieśli się nad Srebrną. Podoba im się tutaj – jest ciszej i spokojniej niż w zagonionej i dusznej Warszawie, no i bliżej do pracy.
Pan Janusz nie wierzy w renesans kaletnictwa. Nie ma wątpliwości, że podobnie jak choćby kowalstwo artystyczne, jest ono skazane na śmierć. Właściwie już umarło. Syn, który jeździ w Warszawie na taksówce, nie przejmie rodzinnego interesu. Nie ma też szkół, w których mogliby kształcić się przyszli potencjalni następcy. Mimo to mistrz nie rozdziera szat – w przyszłość patrzy pogodnie, do szczęścia nie trzeba mu wiele. Żartuje, że za parę lat, gdy w teleturniejach będzie padało pytanie o archaiczny zawód, wśród możliwości do wyboru znajdzie się również kaletnik. Cóż, takie jest życie.

Numer: 2009 12   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *