osobowości

Gdy tylko wygrał konkurs na ordynatora oddziału ginekologiczno-położniczego mińskiego szpitala, szybko policzył, że dodatkowe sto porodów to całe wyposażenie do laparoskopii – metody, którą dr Marek Florczak preferuje w operacjach nie tylko ginekologicznych

Rodzić po... mińsku

Ma 47 lat i mieszka z rodziną w podotwockim Józefowie. Stamtąd do szpitala św. Rodziny przy ul. Madalińskiego, gdzie od 5 lat był zastępcą ordynatora, to godzinna przeprawa przez zatłoczone centrum Warszawy. Wolałby oczywiście bliższy Otwock, ale to miński szpital nie ma dlugów, więc gdy nadarzyła się okazja, stanął do konkursu. Z sukcesem, a pokonując czterech konkurentów (m.in. dr Wociala i Rasteńskiego), 18 kwietnia objął rządy na oddziale ginekologiczno-położniczym. Właśnie mijają trzy miesiące od tego dnia, więc najwyższy czas poznać bliżej ordynatora, zanim kobiety zdecydują, gdzie będą rodziły.

Jestem otwarty na media, bo możecie nam pomóc – dr Florczak nie owija w bawełnę prób kontaktu z naszą redakcją. Jest urzeczony kolorowymi fotkami noworodków w „Cs”, ale twierdzi, że takiego albumu w trochę większym rozmiarze brakuje mu na oddziale. To będzie oryginalna kronika, wizualna pamiątka dla lekarzy, pielęgniarek, a przede wszystkim rodzin noworodków.
Niestety, mimo dobrej pracy oddziału, ponad połowa porodów z powiatu odbywa się wciąż poza Mińskiem. To porażka autorytetu szpitala i konkretne straty finansowe sięgające rocznie 1,5 mln złotych.
- Jeśli za każdy poród dostajemy 1800 zł, to łatwo policzyć, że dodatkowe 2-3 porody w miesiącu dają etat pielęgniarki lub lekarza – dywaguje ordynator. A tych na oddziale – wbrew pozorom – brakuje.
Obecnie ginekologię i położnictwo obsługuje 8 lekarzy (7 etatów) i 40 pielęgniarek. Do normy dla 70 łóżek brakuje 4 ginekologów i 10 położnych. Uzupełnienie byłoby możliwe przy zwiększeniu liczby dodatkowych porodów o 17 w miesiącu. To tylko zdobycie co piątej ciężarnej, która chce rodzić poza Mińskiem.
Jeszcze mniej porodowych zdobyczy (ok. stu w roku) wystarczy na laparoskop wraz z wyposażeniem stanowiska operacyjnego. Doktor Florczak jest zwolennikiem tej mało inwazyjnej chirurgii z kilku zasadniczych przyczyn – pacjentka zdrowieje w ciągu 2 tygodni a nie 2 miesięcy, ma półcentymetrowe znamię a nie bliznę, mniej powikłań i – co też ważne – taki zabieg nie boli. Laparoskopia to nie wszystko, bo nowy ordynator uważa, że osiągnięcia oddziału sprzed 5 lat to dziś za mało.
– Za mało rozmawiamy z pacjentkami, za mało się do nich uśmiechamy, za mało je rozumiemy – wygłasza swe credo mentalne dr Florczak. Nie może być również tak, że wśród kilku szczęśliwych matek przebywa jedna z obumarłą ciążą. Taka pokora wobec pacjentów przychodzi po latach pracy, także po porodach, które śnią się nocami.
Najważniejsza jest miłość do nowego życia, więc każde zdrowe dziecko doktor Marek wita z uśmiechem.
Niestety, tych powitań z każdym rokiem jest coraz mniej, bo... młodzi są leniwi do prokreacji, a czas leci. Kiedyś „stara” pierwiastka miała 28 lat, teraz granica przesunęła się do 35. roku życia. Coraz częściej niepłodność bierze się z chorób cywilizacyjnych – toksycznej żywności, alergii, stresów w pracy i nerwic. Coraz częściej winę za brak ciąży ponoszą mężczyźni, których nasienie jest tak rozcieńczone, że trzeba niebywałego szczęścia, by zapłodniło nawet najzdrowszą kobietę. W żadnym zaś stopniu na prokreację nie wpływają wcześniej używane tabletki. Ich działanie mija z chwilą odstawienia, a na ogólną rozrodność też nie mają większego wpływu, bo używa je co 10 kobieta. Trzeba więc dotrzeć do przyszłych matek innymi metodami niż kij z marchewką. Tym bardziej, że niechęć do rodzenia dzieci przejawiają młode i wykształcone kobiety. Każda ciężarna powinna wiedzieć, że mińscy położnicy czekają na nią z niekłamaną radością.
– U nas nie ma mowy o zakażeniu dziecka, mamy wannę na pierwszy okres porodu i za darmo znieczulenia – zachęca ordynator. Cały czas prowadzona jest upiększająca plastyka pochwy i krocza, za którą płaci fundusz zdrowia, a odmłodzić się mogą kobiety w każdym wieku.
A już wkrótce dwa nowoczesne łóżka porodowe, rozpuszczalne szwy i – dla lubiących komfort – ekskluzywny pokój dla matki z dzieckiem za niewielką opłatą i porody w wodzie.
Wprawdzie czasy 8-10 porodów na dobę już pewnie nie wrócą, ale ordynatorowi Florczakowi wystarczy połowa, czyli ok. 1500 noworodków w roku, za które NFZ zapłaci 2,7 mln złotych. Za takie pieniądze można nie tylko odbierać porody, ale i przenosić góry.
PS Już wkrótce biała lista mińskich lekarzy, także ginekologów.

Numer: 2005 29   Autor: J. Zbigniew Piątkowski





Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *