Szanowny Panie Redaktorze. Z Pana Tygodnikiem zetknąłem się w maju br. na uroczystości 50-lecia matury w Technikum Handlowym w Mińsku Mazowieckim, na którą zostałem zaproszony, jako były nauczyciel tej szkoły. Od tego momentu staram się czytać Co słychać?, o ile uda mi się dostać numer tygodnika

Akowska farsa

Chciałbym panu wyrazić swoje uznanie dla sposobu redagowania wydawanego przez Pana pisma. Jest Pan w jakimś sensie wyjątkiem: o ile inne pisma koncentrują się głownie na historii naszego miasta, a zwłaszcza jego martyrologii, obchodach, pomnikach, składaniu wieńców i innych smutnych uroczystościach - Pan potrafi pokazać normalny dzień mieszkańców, jego troski, ale i radości, a przede wszystkim Pana pismo zawiera pewien optymizm, którego nam tak brakuje w nowej rzeczywistości. A więc „tak trzymać” - jak ktoś powiedział. Fakt, że w Mińsku ukazuje się obecnie kilka różnych tytułów jest z pewnością godny uznania. Dla mnie, rodowitego mińszczanina, jest to szczególnie miłe, ponieważ mój wuj w 1918 roku wydał w Mińsku jedno z pierwszych czasopism - „Dzwon”, zaś mój ojciec w latach 30. redagował i wydawał „Wiadomości Mińsko-Mazowieckie”.

Chciałbym jednak poruszyć jeszcze jeden temat. Otóż w numerze 32. Co słychać? przeczytałem, iż w Mińsku odbyła się uroczystość poświęcona 59. rocznicy wyzwolenia miasta przez oddziały AK. Byłem w AK od stycznia 1942 roku, w oddziale leśnym od momentu jego utworzenia, a następnie w dywersji i brałem udział w opisywanej defiladzie na ul. Warszawskiej 30 lipca 1944 roku. A więc byłem wewnątrz tych wszystkich wydarzeń i muszę stwierdzić, iż czytam powtarzane od szeregu lat opowieści z pewnym zażenowaniem.
Próbowałem kilkakrotnie prostować pewne „wspomnienia”, ale pouczono mnie, że nie wolno kalać dobrego imienia AK (nawet, jeśli opisy odbiegają od rzeczywistości). Myślę, że Armia Krajowa na terenie Mińska ma dostatecznie dużo autentycznych osiągnięć, że nie ma potrzeby tworzenia mitów, które nie tyle są potrzebne ówczesnej organizacji akowskiej, ile różnym tzw. kombatantom, którzy - przy okazji tworzenia nowej historii - mają okazję do pokazywania swoich zasług i wypinania piersi do odznaczeń (...). Mnie chodzi o moje miasto w ostatnich dniach lipca 1944 roku. Przez nasz teren przewalał się w tym czasie front, tzn. niemieckie wojska pancerne, lotnictwo i oddziały frontowe z artylerią i ciężką bronią maszynową wycofywały się na zachód, notomiast podobnie uzbrojona armia radziecka wdzierała się wąskim klinem od wschodu, obejmującym m.in. Mińsk.
Ja w tym czasie byłem w oddziale dowodzonym przez por. Henke w rejonie Pogorzeli. Na uzbrojeniu mieliśmy kilka karabinów i parę granatów. W nocy dołączył do nas oddział „Promienia” - Staszka Maciejewskiego - nieco lepiej uzbrojony, dodatkowo w kilka pistoletów. Tym symbolicznym uzbrojeniem można było zabezpieczyć kilka ważniejszych obiektów w mieście, ale już po całkowitym opuszczeniu miasta przez niemieckie oddziały frontowe. Dobrze się stało, że nie doszło wówczas do żadnego starcia z oddziałami frontowymi, bo skutki byłyby dla nas tragiczne.
W ogóle zastanawiam się, czy można uznać żołnierza w rejonie frontu za uzbrojonego, jeśli ma na wyposażeniu jeden granat czy nawet pistolet z paroma nabojami.
W walce ulicznej oznacza to max. 2-3 minuty strzelania. A co dalej? Żołnierz, który ma jeden granat może go rzucić tylko raz. Potem jest osobą nieuzbrojoną.
W ten pamiętny dzień 30 lipca 1944 roku miasto nasze było prawie puste. Niemcy wycofali się na zachód, w kierunku Warszawy, częściowo na Stanisławów, wojska radzieckie jeszcze do Mińska nie weszły. Część mieszkańców w obawie przed frontem opuściła miasto i udała się do okolicznych wsi, część z nich przebywała w prowizorycznych schronach.
I w takim stanie, parę kilkunastoosobowych oddziałów (dywersja, oddział leśny, oddziały łączności) weszło do pustego miasta i zgromadziło się w rejonie rynku, gdzie przybył komendant Lubicz. Nie można więc mówić ani o „zdobyciu”, ani o „wyzwoleniu” miasta przez oddziały AK.
W zorganizowanej doraźnie defiladzie, a raczej przemarszu przed Lubiczem na ul. Warszawskiej (było już prawie ciemno) wzięło udział znacznie więcej osób, ponieważ dołączyło do nas trochę przybyłych mieszkańców, zwłaszcza młodych ludzi, kolegów. Oczywiście znakomita większość tych defilujących była bez uzbrojenia.
Jeszcze raz podkreślam - przy całym szacunku dla organizacji, a zwłaszcza tych najbardziej ofiarnych akowców, którzy zginęli i nie doczekali końca wojny - nie można robić farsy i tworzyć historii, której nie było. Przecież my mamy przekazywać rzetelną informację o tamtym okresie młodemu pokoleniu. To tyle, Panie Redaktorze - gwoli prawdy historycznej. Mam świadomość, że się narażę wielu nowym kombatantom i innym działaczom, że psuję im scenariusz corocznych uroczystości, ale póki moja pamięć i umysł jeszcze fukcjonują, jest to mój obowiązek głoszenia prawdy o działaniach AK na terenie Mińska, w których brałem osobiście udział.

Numer: 2003 37   Autor: Mirosław Lissowski



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *