W mińskim UTW

Pomimo niepewnej, szarawej pogody wiele słońca przyniósł ostatniego czwartku do MDK Andrzej Stanisław Krajewski – aktor, pisarz, konferansjer i kabareciarz, który przywiózł ze sobą najnowszą, jeszcze pachnącą farbą drukarską książkę „Gawędy starego chałturnika, czyli sto gram anegdot”

Złoty chałturnik

W mińskim UTW / Złoty chałturnik Autor, który przez lata pracował z największymi naszej sceny, zaś własną karierę zaczynał w legendarnym warszawskim kabarecie Stodoła, zawojował słuchaczy swoją nadzwyczajną pogodą ducha, ciepłem i jakże deficytową u nas umiejętnością patrzenia na jasną stronę życia. Książka, którą zaprezentował, to nie najszczuplejszy wprawdzie, lecz znakomicie się czytający tom wspomnień, po trosze autobiografia, ale w głównej mierze barwna, nasycona nostalgicznym sentymentem opowieść o środowisku artystycznym z PRL-u. Smutna, przaśna i siermiężna Polska Ludowa przefiltrowana przez wrażliwość Krajewskiego zaczyna skrzyć, migotać, jaśnieć.
Najróżniejszymi anegdotami – nie tylko tymi z kart swej książki – szanowny gość sypał jak z przysłowiowego rękawa. Publiczność mogła na przykład usłyszeć, jak to zadebiutował na teatralnych deskach, gdy mając ledwie pięć lat, zastąpił w konferansjerce ojca, za co gremialną uchwałą całego zespołu zamiast honorarium (był za młody na otrzymanie pieniężnej gaży), otrzymał pyszną, grubą czekoladę z dostaw „cioci UNRRY”. Przywoływał też i historie sprzed jego czasów, które jednak przez wiele późniejszych lat, gdy już wszedł do zawodu, krążyły pośród artystów jako legendy. Opowiedział zatem o generale Bolesławie Wieniawa-Długoszowskim – osobistym adiutancie Marszałka, a prócz tego lekarzu, poecie i wielkim miłośniku dam – który wskutek defektu słuchu prezydenta Mościckiego został mianowany ambasadorem RP w Rzymie, gdzie „utarł nosa” Mussoliniemu, gdy ten przyjął go z listami uwierzytelniającymi byle jak i w rozchełstanej koszuli. Nie zabrakło także i postaci, z którymi Andrzej Krajewski sam pracował. Pojawił się więc Bernard Ładysz, którego pewnego razu usiłował namówić, by zaśpiewał na jakimś partyjnym zjeździe dla „tych ze szczytu schodów”, a w końcu wyszło na to, że mogła zaśpiewać tylko żona Ładysza, pani Leośka, która – choć, jak nie omieszkał zaznaczyć pan Andrzej, wybitnie wykształcona w dziedzinie śpiewu – nie dorównywała mężowi ani warunkami głosowymi, ani techniką, ani… aparycją. Niecodzienną, a zarazem mówiącą wiele o stosunku wielbicieli do gwiazd przygodę miał nasz gość z Hanką Bielicką i Ireną Santor, gdy kierowniczka Domu Kultury w pewnym miasteczku na „P” (pełną nazwę litościwie przemilczał) błagała go, by załatwił z nimi występ w tymże przybytku. Pan Andrzej występ obstalował, lecz kiedy powiadomił o tym kierowniczkę, ta zdziwiła się, że panie tak łatwo uległy, po czym stwierdziła z rozczarowaniem, że widać nie są już tak wielkimi gwiazdami, skoro tak łatwo godzą się na występ byle gdzie. Do koncertu oczywiście nie doszło.
W takim oto gawędziarsko-nostalgicznym nastroju przebiegło całe spotkanie, które, gdyby chcieć zwięźle określić jednym przymiotnikiem, należałoby nazwać… pysznym – pysznym, tak jak pyszne są wielkanocne mazurki po czterdziestu dniach postu. A co do samego chałturzenia to słownik definiuje je jako „niedbałą pracę dodatkową wykonywaną jedynie dla szybkiego zarobku”, ale dałby Bóg, aby wszyscy chałturzyli w takim stylu, z takim wdziękiem i pogodą ducha jak Andrzej Stanisław Krajewski.

Numer: 2008 12   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *