Mińsk pokutny

W niedzielę, 9 marca o 17.00 w kościele św. Antoniego z Padwy chór kameralny Mińskiego Towarzystwa Muzycznego dał koncert pieśni pasyjnych. Proboszcz ks. Jan Byrski, który zaprosił obecnych do wysłuchania występu, zachęcał, by w ten sposób pogłębili refleksje nad męką Chrystusa. Wyraził też nadzieję, że to artystyczne doznanie pomoże jeszcze lepiej przygotować się do nadchodzących świąt

Plankty u Antoniego

Mińsk pokutny / Plankty u Antoniego Tradycja pieśni pasyjnych sięga IV wieku i odbywających się w Rzymie z udziałem papieża pochodów pokutnych. Łacińska nazwa „planctus” oznacza elegię o stracie, nieszczęściu i cierpieniu. W Polsce najstarsze pieśni pochodzą z przełomu XIII i XIV wieku, zaś najwcześniejsza zachowana to powstała w 1407 roku „O wszego świata wszytek lud” autorstwa Szczepana z Krajkowa. Układaniem utworów o męce Zbawiciela zajmowali się między innymi opat Jan z Witowa i błogosławiony Władysław z Gielniowa - autor uznawanego za najwybitniejszy w tym gatunku „Żołtarza Chrystusów, czyli 15 rozmyślań o Bożym umęczeniu”. Mimo iż pieśni pasyjne w znacznej mierze swoje źródło biorą w muzyce ludowej, ich tworzeniem parali się także najwybitniejsi kompozytorzy w historii muzyki, czego dowód stanowił repertuar zaprezentowany przez chórzystów.
Obok twórców tak dobrze wszystkim znanych jak Jan Sebastian Bach, Piotr Czajkowski, Igor Strawiński czy Mikołaj Gomułka pojawiły się też nazwiska nieco mniej popularne wśród szerokiego grona odbiorców – na przykład Tadeusz Maklakiewicz. Ten zmarły przed dwunastoma laty związany z Warszawą i Krakowem kompozytor, działacz muzyczny, pedagog i prawnik w roku 1981 skomponował „Mszę góralską” – na niedzielnym koncercie publiczność usłyszała jej część noszącą tytuł „Ofiarowanie”. Najpiękniejsza, najbardziej nasycona poetyckością była pieśń Piotra Czajkowskiego o młodym Jezusie, który miał sad pełen róż. Potem róże zerwano, ludzie upletli mu wianek z cierni i włożyli na skronie, a w miejsce kwiatów spadły krople Jego krwi. Siłę doznania estetycznego potęgował fakt, iż chór wykonał ten utwór po rosyjsku.
Natomiast zaskakująco blado wypadł odśpiewywany Wojciech Kilar. Jego napisana na baryton kantata miała wprawdzie jakąś hipnotyzującą moc, którą osiągnął dzięki ciągłemu wracaniu do jednego motywu, lecz nawet pomimo uporczywie powtarzanych przez niskie męskie głosy słów „Agnus Dei”, miało się deprymujące odczucie przebywania we wspaniałej, acz pustej katedrze i próżno było doszukiwać się tam oznak obecności cierpiącego Zbawiciela. Nie od dziś wszak wiadomo, że odkąd w dobie Oświecenia religia i tak zwana kultura wysoka poszły w odrębnych kierunkach, które XX wiek jeszcze boleśniej oddalił, próby ich ponownego zbratania najczęściej kończą się porażką. Są oczywiście chlubne wyjątki, jak na przykład dziewiętnastowieczna pieśń „Dobranoc głowo święta” z muzyką Grzegorza Miśkiewicza i we wzruszającej aranżacji Marcina Pospieszalskiego, która miała zakończyć trwający około czterdziestu minut występ. Miała, ale nie zakończyła, gdyż po brawach chór jeszcze bisował.
Skomplikowana, polifoniczna struktura i ciemne, molowe tonacje pieśni pasyjnych rzeczywiście zbliżają do tajemnicy cierpienia Chrystusa. Muzyka, która zmusza odbiorcę do współpracy i wprowadza duszę w obszary najgłębszej metafizyki, jest w stanie znacznie skuteczniej aniżeli same tylko słowa uruchomić wyobraźnię i przenieść nas na Golgotę. Nie ma się zatem co dziwić, że już od zarania chrześcijaństwa wiernym nie wystarczyło wyłącznie odczytywanie ewangelicznych wersetów czy poetyckich strof zrodzonych pod wpływem tragicznych wydarzeń z ostatnich dni ziemskiego życia Jezusa. Nie dziwi również, że tego rodzaju koncerty nadal gromadzą spore rzesze słuchaczy. Ludzie – i nie jest to bynajmniej przesada ani żadne lizusostwo – wychodzili z kościoła jakoś nieuchwytnie odmienieni. Naprawdę było czuć, że idzie Wielkanoc, a muzyka przybliżyła, czy może raczej przypomniała jej ciężar gatunkowy, który w codziennej krzątaninie, także tej w Wielkim Tygodniu związanej z przygotowaniami do świąt, gdzieś się gubi.
– Niech żałują wszyscy, którzy nie przyszli – powiedział ktoś z wychodzących.
Rzeczywiście, niech żałują.

Numer: 2008 11   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *