Mińsk duchowy

Skończył się wyjątkowo krótki w tym roku (lecz może przez to bardziej intensywny) karnawał i nastał Wielki Post – okres skłaniający do refleksji nie tylko nad naszym indywidualnym stosunkiem do Boga, lecz również do nieco bardziej ogólnych rozważań nad duchowym portretem mińszczan. Księża wrócili z wizyt duszpasterskich. Kto przez te kilka tygodni wytężonej pracy otwierał im drzwi?

Krajobraz po kolędzie

Mińsk duchowy / Krajobraz po kolędzie Istnieje obiegowa opinia, że dla większości parafian kolęda jest jedyną – jeśli nie liczyć intencji mszalnej, ślubu, chrztu czy pogrzebu – sposobnością, by spotkać się z księdzem twarzą w twarz, a często, by go w ogóle poznać. Wyjątek stanowią ci – nadal niestety w ogólnym rozrachunku nieliczni – którzy aktywnie angażują się w życie wspólnoty. W naszym kraju szczycącym się swoim gorliwym katolicyzmem i oddającym niekiedy wręcz bałwochwalczy kult zmarłemu papieżowi postawa „biernego parafianina” jest zadziwiająco powszechna, zaś Mińsk nie stanowi pod tym względem wyjątku. Ma to być może związek z wciąż jeszcze dotkliwym u nas niedostatkiem postawy obywatelskiej, która na pewno w jakiś sposób przekłada się na grunt parafialny, wytwarzając w nas – podobnie jak ma to miejsce w przypadku państwa – poczucie odpowiedzialności za strukturę, której częścią się czujemy. Jeśli chodzi o sam stosunek do kolędy, to Mińsk – choć zaliczany do miast małych – zaczyna przypominać duże metropolie.
- Dawniej, kiedy jeszcze byliśmy dziećmi – wspomina kilkoro zagadywanych o to trzydziestolatków – kolęda była dużym wydarzeniem i czekało się na nią prawie tak niecierpliwie, jak na wieczerzę wigilijną. Sąsiedzi wylegali na klatki schodowe czy podwórka, zawiadamiali się wzajemnie u kogo ksiądz już był, a do kogo dopiero zamierza zapukać. Dzieci przygotowywały zeszyty do religii, chcąc się pochwalić jak ładnie je prowadzą. Panowała jakaś taka… familiarność, nastrój wielkiego ruszenia.
Teraz wszystko odbywa się anonimowo, w skrytości, nieomalże w konspiracji. Każdy siedzi we własnym mieszkaniu i tylko nasłuchuje kroków na schodach. Sąsiada nie zapyta, czy ksiądz już wszedł do klatki, bo przeważnie nawet nie wie jak ów sąsiad się nazywa. To dlatego, że w ostatnich latach do Mińska sprowadziło się za pracą sporo napływowych - na przykład ci ze wschodu, z okolic Hrubieszowa i Chełma (nazywa się ich „erhaery” ze względu na tablice rejestracyjne) – a z kolei sporo naszych rozjechało się po świecie. No i jeszcze ten postęp… Człowiek wiecznie zagoniony, zapracowany… próbuje jakoś wpasować tę kolędę w rozkład dnia.
- I dobrze by jeszcze było – dodaje ironicznie Hubert – żeby nie wchodziła w paradę ulubionym serialom.
Coraz rzadziej kolędujących kapłanów witały liczne, wielopokoleniowe rodziny, jakie nader często spotykało się w naszym mieście jeszcze przed dwudziestu laty. Na ogół mieli do czynienia z tak charakterystycznym dla zatomizowanego społeczeństwa modelem dwa plus jeden. Przy czym, podobnie jak w całym kraju, spora część tych rodzin była w jakiś sposób „pęknięta”, co powoli wydaje się stawać normą – wiele z nich to rodziny rozbite, balansujące na krawędzi rozpadu, tzw. małżeństwa niesakramentalne czy związki konkubinatowe. Swoją drogą ciekawe, że dzisiejsi konkubenci w odróżnieniu od tych sprzed dziesięciu czy nawet pięciu lat, wcale nie wstydzą się przyznawać do luźnego charakteru swego związku; nie wymyślają bajeczek o kuzynach, którzy wpadli z wizytą; nie zarzekają się, że staną przed ołtarzem, kiedy tylko zbiorą fundusze na wesele. Może to za sprawą samego Kościoła, od którego coraz bardziej wieje otwartością i, który stopniowo zmienia front, od strofowania czy gromienia przechodząc do nie narzucającego się przedstawiania swoich racji, zaś niesakramentalnych i rozwiedzionych coraz chętniej otacza troskliwą opieką duszpasterską.
A po modlitwie i zweryfikowaniu wpisu w kartotece następowała chwila rozmowy. Jak zawsze trochę się ponarzekało na kiepski los, nieco się popolitykowało, stoczyło utarczkę o Radio Maryja czy lustrację w Kościele, jednak coraz częściej – i jest to, chwalić Boga, narastająca tendencja – ludzie otwierali swoje dusze i mówili o najintymniejszych obszarach wiary. To dobry znak na przyszłość – może dzięki owemu otwarciu nasz katolicyzm przestanie być lukrowaną dekoracją, a my z zamkniętych w sobie, samotnych monad, jakie widuje się na niedzielnych mszach, kiedyś przemienimy się w prawdziwą Wspólnotę i na wezwanie kapłana „przekażcie sobie znak pokoju” naprawdę podamy rękę bezimiennemu sąsiadowi z ławki.

Numer: 2008 08   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *