Drodzy Czytelnicy

– Najlepiej siedzieć w domu – zwierzył mi się znajomy po wyprawie nad jeziora. Zapamięta tę wyprawę do końca życia, bo nigdy tak go nie lubiły jadowite owady i nigdy nie najadł się tak do syta burzowego strachu. Uciekli znad wody w środku nocy i szybko tam nie wrócą. Dla nich Mazury już nie są cudem natury

Strachy po pachy

Ludzie są jak reklamy. Wiem - to ryzykowne porównanie, ale nie mam wyjścia, bo wciąż mi się śni reklamowa scena z przepoconym facetem w przedziale i kopiącą go w kostkę dziewczynką. Wtedy zastanawiam się (nie tylko we śnie), dlaczego ludzie aż tak się pocą. Czy z powodu hormonów, tłuszczu, słabego serca czy też strachu? Nieuchronnie za nim pojawia się drugie pytanie – dlaczego ludzie się nie myją lub wydaje się im, że są czyści. Na ekranie nie widzimy brudu i nie czujemy zapachu, ale z intensywności kopniaków dziewczynki i jej miny wyczuwamy, że coś śmierdzi. I z tym smrodem nie ma nic wspólnego przepocony jegomość, a twórcy tego reklamowego szajsu.
No tak, ale promocja antypotu to nie zachwalanie atutów samochodu, siły proszku do prania czy sensu zapożyczania się w banku. Właśnie taka kredytowa reklama osiągnęła apogeum komicznego faktu. Oto żona chce wyremontować pokój, ale mąż takiej potrzeby nie rozumie. Kobieta sama nie zdemoluje wnętrza, więc wpuszcza doń najpierw kota, a za nim psa. Dzieło zniszczenia dokonane, kredyt okazuje się niezbędny, ale największą furorę robią niewinne miny trójki psotników. Wszystko inteligentne, dowcipne,  a jednak i takich reklam powinniśmy się bać, bo zadłużanie się czynią czymś mało odpowiedzialnym, a nawet przyjemnym.
Nie chcę tutaj odstraszać ludzi od oglądania czy nawet przeżywania spotów reklamowych, a tym bardziej od wyjazdu na wczasy. Nawet pełne komarów i piorunów, bo przecież każdy z nas ma wolną wolę i choć krztynę odpowiedzialności.
Mimo kanikuły i wracających co noc nawałnic, miasto nie pustoszeje. Może wyjechały tylko dzieci i dorosli pozbawieni praw jazdy, bo parkingi wciąż przepełnione, a ludzie burmistrza wymyślają nowe zasady ruchu po mińskich ulicach. Wszystko w celu ułatwienia, czyli utrudnienia nam życia.
Jednak ludzie wiedzą swoje i wszelkie ograniczenie czy reperkusje mało im straszne. Jak więc parkowali na chodniku przed magistratem, tak parkują. A niedługo bardziej sfrustrowani wjadą burmistrzowi do urzędu lub urządzą hucpę pod gabinetem. Teren badają już skoczkowie na sprężystych szczudłach, którzy upodobali sobie magistrackie schody.
A co na to strażnicy? Ano nic, bo ostatnio spoceni tylko wpadają do swojej siedziby i bez przyjemności reagują na telefon od któregoś z pryncypałów, gdy ktoś zajmie miejsce tylko dla władzy. Tak oto upał zabija nawet odruchy poddaństwa.
Rację mają więc radni, krytykując mińską władze za dbanie o centrum miasta i pozostawianie jego obrzeży na pastwę chwastów i ptaków. I jak my wyglądamy w oczach gości, którzy obserwują ten bałagan z okien pociągów i busów, które bocznymi ulicami omijają zatłoczoną wciąż ulicę Warszawską. Czyż w tej sytuacji trudno się dziwić, że zamiast wakacyjnego ubawu po pachy, mamy uszy czerwone od wstydu i oczy pełne strachu...

Numer: 2012 28 Autor: Wasz Redaktor