DRODZY CZYTELNICY

Nie chcem, ale muszem – mówi Lech do Danuty tuż po decyzji, która wyniosła go na karty historii wolnego świata. To nie fikcja, choć Wajda w filmie o człowieku z nadziei czci Wałęsę jak bożka. Ja też już nie chciałem wracać do czczonychobszczymurków, ale niestety też muszę. Wszystko przez poetę jednego wiersza i ambasadora RP w Brytanii – Ernesta Brylla. Rozumiem, że faceci w pewnym wieku dostają małpiego rozumu, ale żeby na starość tracili świadomość... Żadne to porównanie, ale taka demencja myślenia dotyka znacznie młodszych...

Ruszę, bo muszę

Z racji festiwalu chleba nie miałem czasu, by choć na chwilę odwiedzić festyn przy pałacowym wodotrysku, a właściwie czymś, co ma nim być. Ale od czego są reżimowe dupowłazy, które z braku laku drukują cotygodniowe kity. W jednym z nich, który lubi przytaczać nagrane na dyktafon cytaty, z ubolewaniem zauważyłem,że nie tylko Basica chciała wybielać życiorys swego Iwanka. Ja ją rozumiem, bo przecież wstyd się przyznawać do męża, który obsypywał ją epitetami, z których ten o kobietach lżejszych obyczajów należał do wykwintnych.

Prawo żony nie musi być jednak obowiązkiem wyrafinowanego mędrca, za jakiego uważa się Bryll. A ten podczas jakieś tam wystawy stwierdził, że powinniśmy na mińskiego naturszczyka spojrzeć innymi oczami. Jakimi? No przez różowe okulary, bo – cytuję – wszystkie anegdoty na temat Janka to piana od piwa. Sednem sprawy jest to, że Himilsbach był znakomitym pisarzem i wspaniałym człowiekiem.

W porządku, o zmarłych nie powinno się mówić wcale, więc przemilczę pisarstwo Iwana. Nie powinno się mówić źle, więc powiem o jego człowieczeństwie tylko tyle, że nie zawsze był obyczajowym zwierzęciem. Kiedy więc nie był, jego kompleksów nie potrafiło uleczyć nawet morze wódy.

Co ja piszę, przecież wprowadzał on tylko do rzeczywistości element baśniowy. Nie wiem, czy literat Bryll ulega podobnym pokusom, ale na trzeźwo żaden gość nie mówiłby takich niedorzeczności... No chyba, że chciał się przypodobać mińszczankom, które Iwana nie pamiętają. Starsze plują na dźwięk nazwiska tego ruskiego pomiotu, jak go za młodu nazywali...

Muszę ruszyć także mińskich harcerzy z ZHP, którym wydaje się, że samo przyrzeczenie zwalnia ich od odpowiedzialności. Czułem się w harcówce jak w starym garnku, który za chwilę z hukiem pęknie i wyleje z siebie stare, nieprzyjemne waśnie. Jedni brakiem odpowiedzialności obarczają młodych instruktorów, inni starszych, by nie powiedzieć PRLowskich druhów.

A przecież ZHP to OPP, czyli organizacja pożytku publicznego, więc pytam – co wy tam robicie i po co hańbicie skautowskie idee.

Działa w powiecie wiele organizacji, które boją się spojrzeć prawdzie w oczy. Niektóre zawłaszczyła grupa wzajemnych popieraczy, by się przy okazji nachapać, a w innych marazm działaczy przeszkadza w jakimkolwiek rozwoju. Co się dzieje w mińskim hufcu. Ja już wiem, a delegaci ostatniego zjazdu dowiedzą się w październiku. Oby nie była za późno...

I już na koniec poruszę grzybiarzy. Lubię sam polować na prawdziwki czy kurki, ale na takie zabawy trzeba czasu. Tym milej, gdy nasi czytelnicy dostarczają nam kapeluszowe olbrzymy. Niektóre całkiem zdrowe, jakby przed chwilą wyszły z leśnej ściółki. Takie okazy przyniosły do redakcji Julka i Klaudia Porębskie, które wraz z rodzicami mieszkają w Choszczóce Stojeckiej. W kobiałce pełnej borowików był także okaz z 22-centymetrowym kapeluszem ważący 70 dag. To jeszcze nie gigant, ale tak zdrowy i urodziwy, że tylko suszyć, gotować, marynować i... jeść.

Mamy w archiwum także innych tegorocznych grzybiarzy, więc ich pokazujemy, licząc na kolejne zgłoszenia.

Numer: 38 (833) 2013 Autor: WASZ REDAKTOR



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *