DRODZY CZYTELNICY

Nie mamy tym razem w numerze ani denerwujących reportaży, ani obnażających władzę wywiadów. Nie będzie, bo mieliśmy dni nieskrępowanej radości. Wszystko dzięki szóstej psocie, czyli naszemu etno-kabaretowi, który wbrew kryzysowi i zachwaszczaniu kultury europapką, wciąż ma się wyśmienicie. Na tyle wybornie, że aż nie do wiary. Tym bardziej, że już nie wiadomo, czy czerpiemy w nim psoty z cnoty, czy dzięki psotom stajemy się bardziej szlachetni.

Psoty z cnoty

DRODZY CZYTELNICY / Psoty z cnoty

Kto pierwszy zagrał śmiechem, żartem lub ironią – miał rację. To łatwe, kiedy ma się młodość, wypchany portfel i zdrowie. Trudniej w drugim czy trzecim wieku, z marną emeryturą i gubionymi w szpitalach chorobami. Tacy są nasi artyści, ale w czasie występów są młodsi od niejednej panienki i niejednego młodziana.

Nie dziwcie się więc, że idea organizowania festiwali właśnie seniorom i tym, którzy wkrótce nimi będą, jest terapią bardziej odmładzającą od kremów, botoxu czy skalpela.

Niestety, nie każdy dostrzega zbawienny wpływ humoru na zdrowie, a tym samym na stan finansów państwa. Powiat dał dwa tysiące, część dołożyli prywatni sponsorzy, resztę moja firma i tak się interes kręci. Musi się kręcić, bo przecież nie mogę przestać tylko dlatego, że władze Mińska nie widzą potrzeby istnienia, czyli dofinansowania imprez fundacji Mivena. Szczególnie etno- kabaretonu, bo na festiwal chleba uzyskaliśmy w ubiegłym roku 10 tysięcy. Jak to się ma do 260 tysięcy na festiwal 4M i 150 tysięcyna festiwal Himilsbacha? Nijak, bo pieniądze idą w parze z interesem politycznym. Trzeba tę prawdę w końcu wyraźnie powiedzieć, by nikt nie myślał, że jest inaczej.

A ludzie są tylko ludźmi i nie znają prawdy. Ba, ostatnio ktoś zapytał, ile otrzymujemy dotacji na wydawanie tygodnika i nadawanie programów TV. A zanim zostaliśmy wypędzeni z pałacu przez zawistną uzurpatorkę kultury, wielu myślało, że to MDK jest organizatorem naszych festiwali. Tak to zawiść wraca do nadawcy, a dotyk zła zmienia się w dar prawdy.

Dlatego też wcale nie zazdrościmy organizatorom nadmiernie, czyli kosztem innych, wspomaganych imprez, bo przecież wiemy, że zła władza skończy się wcześniej niż przypuszcza. Tak było z powiatową Laurą, do której „życzliwi” przyjaciele z PO nominowali mnie co roku. I rokrocznie przyznawali komu innemu, choć byli święcie przekonani, że to mnie się należy. Tymczasem władza się zmieniła i moje zasługi dostrzegła wyśmiewana przez liberałów dotychczasowa opozycja. Byłem zdziwiony, ale wreszcie zrozumiałem, że szczerość i prawda sąważniejsze od zaszczytów. Szczególnie iluzorycznych, bo osadzonych na kłamstwie i polityce nie znoszącej niezależności.

Tak wyzwolony mogę do woli korzystać z cnoty prawdy i pozwalać psocić na scenie moim gościom. Bez sprzedajnych gestów i wiernopoddańczego merdania ogonkiem.

Podobni na scenie byli w niedzielę Andrze Wolski z Pawłem Piekarczykiem. Ich szopa polska była ostra, ale nie na tyle, by nie zrozumieć, że jaką kto bronią wojuje, od takiej samej ginie. Oni wiedzą, że psocą, psiocząc na rządy Tuska, ale uważają to za zło konieczne. Trzeba przerysować rzeczywistość, by ją lepiej zrozumieć, a nic tak nie uczy, jak własny przykład. Szczególnie brany z cnoty życia...

Numer: 16(807)2013   Autor: WASZ REDAKTOR



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *