Mińsk rockowy

Czy to my się starzejemy, czy publiczność przychodzi coraz młodsza? Takie pytanie zadawali sobie NIKowcy podczas ostatnich dopinek przed występami, popatrując na słuchaczy usadawiających się w sali kina Światowid. Fakt, Rock In Mińsk cieszy się niesłabnącą atencją tych w wiośnie żywota, dla których ostrzejsze uderzenie jest niezmiennie atrakcyjne, choć samo w sobie coraz wyraźniej staje się po prostu jeszcze jedną konwencją

Młode ciągi

Mińsk rockowy / Młode ciągi

Wydaje się, że organizatorzy już na dobre zadomowili się w Światowidzie, a nawet odnaleźli w nim pewną oldskulową magię, która w gruncie rzeczy do promowanej przez nich muzyki chyba jednak pasuje. Zresztą, sama machina promocyjna też zasługuje na pochwałę – poczynając od tak banalnej rzeczy jak eleganckie plakietki dla dziennikarzy, kończąc na internetowej witrynie festiwalu.
Tym razem konkursowa ósemka została wyłoniona spośród 133 zgłoszeń z całej Polski, a znaleźli się w niej: Max Weber z Warszawy, Monolit z Olsztyna, The Sound Code z Ostrowa Wielkopolskiego, zielonogórski Mate, tarnobrzeski Via Rei, Lemur Band z Łodzi, bydgosko-toruńska Soima oraz radomski Fractal najbardziej bodaj tajemniczy. Imprezę, już po raz drugi, poprowadził dziennikarz Antyradia, Piotr Makak Szarłacki, który wszedł również w skład jury.
Skoro zaś mówimy o oceniających – aż dziw, że stające do rywalizacji kapele nie pogubiły strun. Obok bowiem Makaka i Jakuba Elvisa-Bakuły z naszych Buckleysów do sędziowania NIKowcy zaprosili kumpla Szarłackiego po fachu, Pawła Kostrzewę, Olafa Deriglasoffa znanego ze współpracy z Pudelsami i Homo Twist Maleńczuka czy Kazikiem Staszewskim oraz Adama Wolskiego z Golden Life.
Jak poprzednio, tak i teraz młodzi gniewni, a właściwie pozujący na gniewnych, udowodnili, że pojęcie rock jest nadzwyczaj pojemne. Pomieściła się w nim zarówno trąbka Via Rei uprawiającego fuzję z domieszkami reggae i elementów jak gdyby hiszpańskich, jak opętańcze, trącące lekką paranoją brzmienie Maxa Webera czy nieomal ortodoksyjne rockowanie The Sound Code. Nie lada osobliwością – trochę szkoda, że nie osobowością – okazał się zmontowany na kolanie tuż przed festiwalem Fractal, którego tajemniczy zamaskowany gitarzysta wyglądał jak skrzyżowanie Jasona Voorheesa z Michaelem Myersem, zaś estetyka ocierała się gdzieś o dolne rejestry metalu.
W charakterze gwiazdy tegorocznego Rock In Mińsk wystąpiła formacja Lipali założona przez Tomka Lipę-Lipnickiego, niegdyś wokalistę Illusion, uznawanego za jednego z najciekawszych polskich rockmanów. A jako czasoumilacze łagodzący napięcie oczekiwania na werdykt koncertowała mińska grupa BlastYou serwująca potrawkę przyrządzoną z twardego, brudnego thrashu.
Pierwsze miejsce z nagrodą 2000 zł zajął The Sound Code, drugie z nagrodą o połowę mniejszą – Lemur Band, a trzecie i gratyfikację w wysokości 500 zł zdobył Monolit, który otrzymał również nagrodę publiczności, która mogła oddawać głosy za pomocą biletów. Laur indywidualności festiwalu przypadł gitarzyście Via Rei, zwanemu po prostu Hubertem.
Pofestiwalowa konkluzja może być taka, że rock to jednak dziwne i na swój sposób fascynujące zwierzę – niby już dawno oderwał się od zaangażowanych społecznie i politycznie korzeni, przeistoczył w estetykę, podstawę, na której kolejne pokolenia nabudowują swoje emploi, ale wciąż opiera się komercji, przynajmniej w młodszych odmianach. Młodzi, gnieżdżący się w swej niszy, wydają się mimo wszystko bardziej szczerzy od dinozaurów, które przeważnie już tylko odcinają kupony od dawnego buntu.
Oni przynajmniej nie udają, że chodzi im o coś więcej, niż mocne grzmotnięcie po strunach. I dlatego da się ich przełknąć bez moralniaka.

Numer: 2009 44   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *