Mińsk mieszkaniowy

Wojciech Jerzak ma powody do radości. Dwa i pół miesiąca temu urodziła mu się córka, a jego syn należy do najlepszych w klasie i jest chwalony przez nauczycieli. Niestety dobry humor psuje mu brak odpowiedniego lokum, w którym wszyscy mogliby spokojnie żyć. Przypadek ten jest kolejnym dowodem na mętność uprawianej przez władze miejskie polityki mieszkaniowej

Syzyf na grzybie

Mińsk mieszkaniowy / Syzyf na grzybie

Do niedawna Jerzakowie gnieździli się w dziesięciometrowym pokoiku w kamienicy przy Warszawskiej, gdzie ich syn odrabiał lekcje rozkładając książki i zeszyty na podłodze. Nie dało się tak żyć – i to nie tylko ze względu na klaustrofobiczny metraż, ale przede wszystkim na sąsiedztwo wuja alkoholika, który sam zajmuje drugi pokój po przeciwnej stronie korytarza. Wuj nie ma własnych dochodów, zaś uzależnienie doprowadziło go do tego, że zbiera jedzenie po śmietnikach, a potrzeby fizjologiczne załatwia – jak relacjonuje Jerzak – po prostu tam, gdzie stoi.
Reszta otoczenia również nie sprzyja zdrowemu rozwojowi rodziny. Jerzak mówi wprost – to menele, którzy nie szanują ani swojej ani cudzej własności. Kamienica rzeczywiście jest w opłakanym stanie. Jerzak był, jak mówi, jedynym, któremu tak naprawdę zależało, żeby to wszystko jakoś trzymało się kupy. Nie pamięta, ile razy odmalowywał klatkę schodową i naprawiał drzwi. Efekt – drzwi zniknęły, a ściany obłażą z resztek farby. Sąsiedzi nie dość, że nie docenili pracy pana Wojciecha, to jeszcze odpłacali mu złośliwością – tak jakby mieli mu za złe, że próbuje ratować dom przed ostatecznym upadkiem.
Nie zawsze tak było. Jerzak wspomina, że gdy sprowadzili się tu dziesięć lat temu, było to dosyć przyjemne miejsce zamieszkałe głównie przez młodych ludzi. Niestety młodzież dorosła, a z biegiem czasu codziennością stały się awantury, bójki, pijackie wrzaski i interwencje policji. Którejś nocy ktoś wrzucił do Jerzaków przez okno kawałek suporeksu. Pan Wojciech wzdraga się na myśl, że tam, gdzie wylądował, mogła stać kołyska ze śpiącym dzieckiem. Jakby tego było mało ich pokój w wyniku wieloletnich zaniedbań remontowych pozostałych mieszkańców zżera grzyb. Każdego roku po zimie trzeba było go odnawiać, ale wilgoć i tak wyłazi całymi płatami – pod wpływem ogrzewania skrapla się i spływa po ścianach wypaczając podłogę i meble.
Gdy sytuacja stała się nie do zniesienia, Jerzakowie rozpoczęli trwającą do dziś mieszkaniową krucjatę. Kolejne pisma kierowane do burmistrza i PGK, jak również osobiste wizyty, nie przynosiły skutku. Odpowiedź z reguły była ta sama – mieszkania socjalne w pierwszej kolejności wynajmowane są osobom, którym miasto ma obowiązek zapewnić lokal zastępczy bądź wciągniętym na listę oczekujących. Jerzakowie na takiej liście wprawdzie nie figurują, ale skoro miasto nie poczuwa się w obowiązku do ludzi w ich położeniu, to wobec kogo w takim razie się poczuwa? – pyta retorycznie pan Wojciech. Nie pomógł nawet argument o niezaleganiu z czynszem, co wśród mieszkańców kamienicy jest rzadkością.
Starali się o przyznanie mieszkania przy ulicy Rodziny Nalazków, ale i tu burmistrz pozostał nieugięty. Jedna z nielicznych propozycji z jaką wyszli urzędnicy sugerowała, że lokal mógłby się ewentualnie znaleźć, lecz pod warunkiem, że Jerzakowie zabiorą ze sobą kłopotliwego wuja. Dla nich sprawa jest jasna – chodzi o pustostan, który dzięki temu by po sobie zostawili. – Zresztą cóż to i za lokal? – wzrusza ironicznie ramionami Jerzak – baraki, ot co. Do urzędników ma żal nie tylko o opieszałość, ale również o mierzenie wszystkich jedną miarą. Nie jest taki jak inni w okolicy – nie pije, od dziesięciu lat ma stałą pracę, a dzieciom chce zapewnić wszystko co najlepsze.
Niedawno się wyprowadzili. Wolą wynajmować u znajomych i w zamian mieć spokój. Oczywiście nadal płacą też za zagrzybioną jaskinię przy Warszawskiej, z czego skwapliwie korzysta wujek. W październiku do burmistrza powędrowało kolejne podanie. Tym razem dzięki przeprowadzonej na prośbę Jerzaków wizji lokalnej ich starania poparł prezes PGK Krzysztof Ryniewicz, który pisemnie potwierdził zasadność starań o lepsze zakwaterowanie. A więc pojawiło się nikłe światełko nadziei, choć Wojciech Jerzak woli być ostrożny – nauczony dotychczasowym doświadczeniem podejrzewa, że burmistrz Grzesiak adnotacji prezesa nawet nie przeczyta.
Cokolwiek się zdarzy, wie jedno – na Warszawską nie wrócą już nigdy. Nie pozwoli na to bez względu na koszty. Za dużo złych wspomnień, za dużo do stracenia.

Numer: 2009 07   Autor: Marcin Królik



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *