Kołbielskie spotkania

Archeolog, etnograf i antropolog Łukasz Maurycy Stanaszek już po raz drugi w bieżącym roku odwiedził bibliotekę w Kołbieli. Poprzednio opowiadał o nadwiślańskim Urzeczu, na temat którego napisał obszerną książkę. Tym razem mówił jednak o czymś zupełnie innym. Spotkanie dotyczyło bowiem wampirów...

Ludzie jak upiory

Gościa witała dyrektor biblioteki Janina Wieczorek, a w spotkaniu wzięło udział stałe grono słuchaczy. Było więc kameralnie i swobodnie, co skłaniało do zadawania pytań i dyskusji. Ale po kolei...
Tak jak poprzednio punktem wyjścia była książka. Wampiry w średniowiecznej Polsce to najnowsza publikacja autorstwa dr. Stanaszka, a jej wydanie okraszone było wieloma  wydarzeniami kulturalnymi – choćby nagraniem utworu muzycznego do słów Adama Mickiewicza. Nie bez przyczyny, bo nasz wieszcz, zafascynowany kulturą ludową, sięgnął po motywy, które funkcjonują w świecie słowiańskim od bardzo dawna. Jednym z nich są właśnie wampiry, a także upiory, zmory czy strzygi, czyli zmarli, którzy wstają z grobów, aby szkodzić żyjącym.

Gość kołbielskiej biblioteki przeprowadził badania z pozycji antropologa. Przyjrzał się wszystkim 17 pochówkom odkrytym w Polsce, które obecnie uważa się za  bezsprzecznie antywampiryczne, szukając u nich wspólnych mianowników. Postawił bowiem hipotezę, że ludzie ci musieli mieć coś wspólnego, skoro po śmierci akurat ich uznano za upiory, które wstają z grobów. Okazało się, iż rzeczywiście można doszukać się podobieństw. A raczej nie podobieństw, co odmienności, bo ludzie uznani za wampiry wyróżniali się wyglądem – byli bardzo niscy albo bardzo wysocy, garbaci, kulawi lub w jakiś innym sposób odstający od normy. Z tego powodu, gdy wieś zmagała się z jakimś problemem, np. epidemią, szukano przyczyn, a doskonałym kozłem ofiarnym był wyróżniający się za życia zmarły. Wtedy otwierano jego grób i dokonywano odpowiednich czynności.

Istniało wiele sposobów zabezpieczenia ciała, aby nie wstało z grobu. I tak przebijano serce kołkiem, najczęściej zębem od brony, ucinano głowę i kładziono między  nogami, przykładano sierp do szyi, pętano ręce i nogi, układano zwłoki na brzuchu lub boku, przytłaczano kamieniami, a ostatecznym rozwiązaniem było spalenie ciała. Okazuje się, że znane są przypadki takich działań jeszcze z czasów II wojny światowej, a w latach 30 XX wieku w jednej z podłódzkich wsi nawet zabito człowieka, którego, kiedy powstał z letargu, uznano za wampira.

Także do dziś przetrwały pewne rytuały, które wywodzą się ze wczesnośredniowiecznych zachowań antywampirycznych. Służą one temu, aby raz na zawsze  pożegnać zmarłego, który nie powinien wracać do żywych. Dlatego zasłaniamy lustra, żeby go nie zobaczyć, wynosimy nogami do przodu, żeby zmylić mu drogę, sypiemy ziemię, a do niedawna jeszcze ciernie na trumnę, żeby pożegnać go raz na zawsze, trumnę zabijamy gwoździami, a na wierzchu stawiamy pomnik – pozostałość kamieni, którymi niegdyś przyciskano grób.

Łukasz Stanaszek do swojej pracy dodał bardzo współczesną konkluzję. Twierdzi on, że wampirami są bardziej posądzający, niż posądzani. To oni szukali zagrożeń pośród  tych, którzy odstawali od grupy. Wyglądali inaczej, inaczej się ubierali, zachowywali czy mieszkali gdzieś na uboczu. To właśnie tacy ludzie byli najlepszymi kandydatami na wampiry.  Słowem, nic nowego pod słońcem.

Numer: 45 (1049) 2017 Autor: Łukasz Kuć



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *