Powiat stulatek – Marianna Lewandowska

Nie wygląda na setkę… No, może osiemdziesiątkę z haczykiem, a po bliższej rozmowie niektóre siedemdziesięciolatki mogłyby jej pozazdrościć pamięci i werwy. Zawsze taka była? O, tak. Wszyscy wiedzieli, że Marianna Lewandowska to kobieta z charakterem, która nie da sobie w kaszę dmuchać. Jednak nie była w życiu nadmiernie szczęśliwa i dopiero te wszystkie gratulacje z okazji setnych urodzin odrodziły w niej zapomniane uczucia…  

Marysia na dzisiaj

Po wizycie władz mińskiej gminy i KRUSu zadzwoniła do nas córka jubilatki ze sprostowaniem, że mama pochodzi nie z Żukowa, a z Dłużki. To jednak był pretekst tylko do sprostowania, a do odwiedzin sprowokowała nas fotografia pani Marii. Wyglądała na niej tak dostojnie intrygująco, że trzeba było to sprawdzić. A jakże, przed kamerą, bo w czasie oficjalnej wizyty władz jej nie było.

To nie była zwykła rozmowa, bo pani Maria od razu przeszła do sedna, czyli daty swego urodzenia. Jest młodsza tylko o dzień od Niepodległej, której datę odrodzenia ustalono na 11 listopada 1918 roku.

Niebawem do podmińskich Kluków przyszła nawała bolszewicka, więc matka nosiła ją przy sobie, aby nie być zgwałcona. Tak było, że sowieci nie ruszali kobiet w ciąży i matek z małymi dziećmi.

Była już panną, gdy wybuchła II wojna światowa. Maria p amięta, ż e n iemiecki okupant niewiele się różnił od rosyjskiego, bo obaj rabowali. Jednak niemiecki nie gwałcił, bo miał zasady. Ci ze Wschodu jak zwykle, po barbarzyńsku… Sama również doświadczyła nieprzyjemnej sytuacji, że gonił ją skośnooki sołdat, który chciał ją zgwałcić, ale udało jej się, jak twierdzi, dzięki pomocy Matki Boskiej, w ostatniej chwili szybko uciec do wujka i wyjść tylnym wyjściem. W tamtym czasie często znajdowano zamordowane kobiety – czerwoni gwałcili, a potem zabijali. Dopiero potem dowództwo rozwiązało ten problem, tworząc dom publiczny, w którym usługiwały Rosjanki i chcące dorobić Polki.

O wojnie i okupacji mogłaby mówić bez końca. Wspomniała więc brata, który był wywieziony na przymusowe roboty do Rzeszy i wrócił tylko dlatego, że pożałował rodziców. A przecież mógł żyć w Ameryce, a nie wracać do polskiej biedy. Miał taką szansę, bo obszar Niemiec, na którym się znajdował, był w amerykańskiej strefie.

Wtedy w kraju było tragicznie… Okupacja rosyjska spowodowała zniknięcie dziedziców, ponieważ ich majątki zostały zarekwirowane. Sporo osób zawczasu posprzedawało swoje majątki, kapitał pieniężny ulokowali w zagranicznych bankach, a następnie uciekli. Wtedy właśnie Marysia Zwierzówna wyszła za Stanisława Lewandowskiego do Dłużki i razem prowadzili gospodarstwo.

Została na roli, choć w młodości chciała się uczyć, ale nie mogła, bo nie było wtedy tylu szkół ani pieniędzy. Jej siostra Genowefa miała więcej szczęścia. Chodziła 7 km do szkoły w Siennicy, aby ukończyć wszystkie 7 klas i zostać nauczycielką.

Skąd u Marii aż taka długowieczność? To jednak nie geny, bo żadna z osób w rodzinie nie dożyła stu lat. Najstarszy brat dożył 80 lat, a młodszy tylko 64. Siostra zaś zmarła w wieku 56 lat. Tak więc Maria jest wyjątkiem w swojej rodzinie. Do tego tak zdrowym, że wiele młodszych może jej zazdrościć zdrowia. Sama nie wie, skąd to ma. Jedno jest pewne – nie przejadała się. Lepiej mało, ale często. Czy chorowała? Ależ tak, miała sporo chorób, a najbardziej ją wkurzył czyrak w żuchwie…

Wyszła za mąż w wieku 24 lat. Późno, bo tak trzeba było. Podobała się mężowi, natomiast on jej nie za bardzo. W dniu ślubu pła- kała z tego powodu. Jednak się nie rozstali, ponieważ okazał się dobrym mężem. Pozwalał jej rządzić w domu, bo ona wszystko umiała zrobić. Mąż był pod pantoflem, ale był zadowolony.

Mimo wszystko z niczego w życiu nie była do końca zadowolona i szczęśliwa. Teraz przyszła t a chwila, bo na setne urodziny dostała dyplomy z gratulacjami od różnych ważnych osób, m.in. od Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, kancelarii premiera, wójta Piechoskiego oraz od KRUS-u wraz z dodatkiem do emerytury. Ale tymi ponad trzema tysiącami złotych ma zamiar podzielić się z wnukami.

Od nas otrzymała w prezencie książki. Postara się je przeczytać, ale jeśli nie da rady, zaprasza autora do głośnego czytania. No i jeszcze coś opowie, bo dwie godziny to stanowczo za mało…

Numer: 49 (1105) 2018 Autor: J. Zbigniew Piątkowski



Komentarze

DODAJ KOMENTARZ

Wpisz nick.

Nick *

Nieprawidłowy adres e-mail.

Adres e-mail *

Wpisz treść wiadomości.

Treść wiadomości *