Z puszki Pandory

Co słychać? - Z puszki Pandory / Kot na urzędzie

Niegodziwości wciśnięte w puszkę Pandory ryknęły histerycznym śmiechem, gdy usłyszały, że burmistrzem Talkeetny, miasteczka na Alasce, od piętnastu lat jest kot – najzwyklejszy w świecie futrzak. I nie fakt sprawowania władzy samorządowej przez Stubbsa ich rozbawił, a tylko wiadomość, że 900 mieszkańców z tej jego władzy jest zadowolona. Ba, uważają, że wreszcie w ich niewielkim miasteczku jest ład i porządek, a im żyje się dostatnie

Kot na urzędzie

Niegodziwości ryczą śmiechem, trzymając się za brzuchy, bo przez niedomknięte wieczko puszki widzą i słyszą, jak miliony mieszkańców małych i dużych gmin narzekają, choć za sterami samorządów stoją, by nie powiedzieć siedzą i do tego z założonymi rękoma, „mądrogłowi” wójtowie, burmistrzowie i prezydenci. Puszą się, nadymają, a wszystko, co ludzkie, więc gminne, gdzieś mają. Cóż, dzieje się najczęściej tak, że na te stołki pchają się nieudacznicy, co to miejsca nigdzie nie zagrzeją dłużej, a i zarobić nie potrafią. Kusi zatem wysoka pensja, bałwochwalcza uniżoność podwładnych i zaszczyt bycia kimś ważnym, szczególnie w odniesieniu do sąsiadów i często najbliższych, którzy do tej pory z politowaniem na owego osobnika patrzyli.
W jednej z gmin Mazowsza w ostatnich wyborach na wójta mieszkańcy wybrali miejscowego głupka. Takiego, co to wymądrza się, krytykuje wszystko w czambuł, a mądrości w jego głowie tyle, co kot napłakał. Wyszło tak, bo nie chcieli dwóch innych kandydatów, więc oddali swój głos na tego trzeciego i stało się w myśl zasady: gdzie dwóch się bije…
Głupek – a raczej już wójt – chodził po wsi z dumnie podniesioną głową, a napotykanym osobom obiecywał, jak wcześniej w kampanii, gruszki na wierzbie. Podczas pierwszej sesji, nie znając zasad samorządności, zaczął radnych ustawiać pod ścianą. Radni, onieśmieleni, bo też po raz pierwszy zostali zaprzysiężeni, położyli uszy po sobie i słuchali wszechpotężnego władcy, czyli głupka-wójta. I zaczęło się rządzenie. Najpierw wójt-głupek wymienił wszystkich pracowników w urzędzie, wprowadzając swoich, następnie zaczął upiększać gminę, w zamówione i wykonane przez swojego znajomego stolarza przystanki autobusowe, tablice informacyjne, witacze, żegancze… A kiedy pytano go, kiedy zacznie spełniać obietnice, niezmiennie odpowiadał i odpowiada, że radni mu nie pozwalają tknąć pieniędzy z budżetu.
I tak na marazmie inwestycyjnym upływa dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, radni się burzą, mieszkańcy narzekają, że w urzędzie nic załatwić się nie da, a wójt-głupek uczęszcza, przecina wstęgi, wizytuje.
Szkoda, że polska ustawa samorządowa nie dopuszcza wyboru kota na stanowisko wójta, jak na Alasce. Też na stołku leń i pustogłowy, ale w przypadku amerykańskiego miasteczka, wybrany i utrzymywany przy władzy kot, nie przeszkadza radnym i nie szkodzi mieszkańcom. Ot, wyleguje się na fotelu i błogo mruczy.

Numer: 2012 39 Autor: Andrzej Kamiński