Sokół tygodnia

Co słychać? - Sokół tygodnia / Fiesta humoru

Druga edycja mińskiego Etno-Kabaretu miała wyższy poziom niż pionierskie przedsięwzięcie z ubiegłego roku. Przyjechało więcej zespołów, a ich występy miały znacznie większą domieszkę materiału kabaretowego. Różnił ją też konkursowy charakter zmagań, co dodatkowo podkręciło rywalizację. Prym wprawdzie wiódł repertuar wiejski, ale – jak podkreśla pomysłodawca – Etno to pojęcie o wiele szersze, ogarniające wszystko co regionalne. Konwencja jest zatem dynamiczna i daje nadzieję na dalszy rozwój

Fiesta humoru

Ostatecznie na scenie sali teatralnej Miejskiego Domu Kultury – współorganizatora imprezy – wystąpiło blisko 280 artystów z 19 zespołów, głównie wiejskich. Obok MDK drugim współorganizatorem sobotniego kabaretonu było Mińskie Towarzystwo Muzyczne. Trzeba też podkreślić główny udział posiadającej osobowość prawną, Fundacji MIVENA. Medialny parasol obok naszego tygodnika nad ludowymi artystami objął portal minskmaz.com.pl. Telewizja jeszcze nie była na tyle przekonana, by przysłać swoją ekipę, ale – jak powiedział Zbigniew Piątkowski – zarzewia rewolucji już się rozniosły, więc jest nadzieja na przełamanie monopolu promowanych na ekranie gwiazd, którym ludowi kabareciarze przecież w niczym nie ustępują.
W jury oprócz samego organozatora i przewodniczącej Danuty Grzegorczyk zasiedli: Bogusława Bednarska, Grażyna Mańkowska i Dariusz Sokół – sołtys Kątów w gminie Kołbiel, a zarazem opiekun tamtejszego zespołu ludowego Kątowiaki, który co prawda nie wystartował w tegorocznych kabaretach, ale zapowiedział, że za rok pokaże na co go stać.

Niedosyt młodości
Nim jeszcze występy na dobre się rozkręciły, Dariusz Sokół wyraził obawę o przyszłość folkloru. Jako główne zagrożenie wskazywał brak zainteresowania tą formą ekspresji wśród młodzieży, której udział w ludowych zespołach jest znikomy. I rzeczywiście, przytłaczającą większość stanowili artyści w wieku średnim lub starszym. Nie mogło to pozostać bez wpływu na kształt prezentacji, które z reguły nie jeździły po folkowej bandzie, pozostając w kanonicznych klamrach gatunku. Nie znaczy to oczywiście, że młoda krew całkowicie odpłynęła z rdzennej sztuki. Było kilka wyjątków mogących uchodzić za jaskółki nadziei.
Najwymowniej na tym tle wyglądał kałuszyński zespół „Razem” pod artystyczną opieką Teresy Kowalskiej. Kilka błyskotek zaiskrzyło również w Prządkach z Kolana, kurpiowskiej Puszczy Zielonej i Wróblankach. Także kujawscy Radojewiczanie tryskali witalnością, co w dużej mierze należy zawdzięczać młodzieńczej werwie i błyskotliwości Ewy Kowalczyk.
Czy nowe generacje w przyszłości nieco tłumniej zasilą ludowe szeregi, odnowią gatunek, wywindują na nowy artystyczny poziom?
- Oby – ma nadzieję Zbigniew Piątkowski – ale muszą to robić wespół ze starszymi, którzy są nieocenionymi skarbnicami tradycji. Tylko wtedy ma to sens.

Bez tabu
Sobotnia impreza zdecydowanie nie była dla dzieci, czy ludzi wstydliwych, prowincji bowiem nie obchodzi polityczna poprawność. Jest bezpruderyjna i odważna obyczajowo. Nie boi się mówić o seksie wprost z właściwą sobie swojską jak wyrabiana w domu kiełbasa - rubasznością.
Współczesne wiejskie kobiety są niemniej, a może i bardziej chętne do miłości niż mężczyźni, czego dowodziły Iwowianki. Potrafią – jak przekonywały Prządki skorzystać z erotycznych dobrodziejstw internetu, by spełniać swoje najśmielsze łóżkowe fantazje, a przez miesiąc dopomogą im w tym jurni strażacy z Kolana. U Węgrowian z kolei casting, panowie z telewizji szukali nie tylko ludowych talentów, ale także koniecznie dojrzałej pani na śmiałą okładkę magazynu. I znaleźli, a pani – żeby nie być gołosłowna – pokazała co nieco z obfitego bogactwa.
Odważnie swoje walory prezentowały Powiślankowe baletnice, a Łochowianie przestrzegali przed zgubnymi skutkami łóżkowej rutyny.
Do kobiecej emancypacji nawoływali Radojewiczanie, przytaczając historię wyzwolonej babci znudzonej życiem, która załatwiła sobie sanatorium, gdzie rychło znalazł się też pan do towarzystwa, podczas gdy mąż wiernie czekał w domu.

Ach, te chłopy!
To właśnie w stronę mężczyzn najczęściej kierowane było ostrze regionalnej satyry. Drwiły z nich niemal wszystkie zespoły, a wyłaniający się obraz nie był dla płci brzydszej przychylny. Już otwierające peleton Iwowianki narzekały na chłopów wiecznie pijanych, złych i gnuśnych. Dobrze, że przynajmniej do kochania skorych – osładzały swą skargę. Karniewiacy podawali receptę na wychowanie sobie chłopa, którego – niczym domowe zwierzątko – należy odżywić i pogłaskać, a raz w miesiącu puścić luzem. Łzy sołtysa ubolewały nad chłopskim pijaństwem, trawestując tuwimowską „Lokomotywę”, tylko, że w ich wersji miejsce oliwy zajął alkohol. Chłop jako postać negatywna stał się bohaterem odegranych przez Prządki ploteczek na rynku w Kolanie. Dlaczego tak długo zajęła mu droga z kościoła do domu, choć to tylko kilometr? A no dlatego – donosiła gminna wieść – że po drodze do druhów z OSP zachodził... w wiadomym celu.
Chłop to przynajmniej według Wróblanek stworzenie tak zepsute, że nawet jak o dopłatę unijną się wystara to zamiast inwestować, pójdzie w cug na co najmniej cztery dni.

Gdzie my żyjemy?
Nieobca regionalnym kabareciarzom była satyra społeczna i polityczna. Wieś nie lubi nowych czasów, tęskni za komuną, gdy – jak śpiewali Kurpie z Jednorożca – nawet stara babka, którą teraz wszyscy wysyłają do grobu, miała coś z życia. Wieś wciąż miewa antyunijne resentymenty, no bo jak tu ich nie mieć, dziwił się kabaret Onufry, kiedy Bruksela wtrąca się nawet do sprawy podwórkowej wygódki, a pan na swej ziemi już nie jest panem tylko obywatelem. Choć z drugiej strony – kontrowały Wróblanki – zawsze można wziąć unijną dopłatę, będzie jak znalazł na futro. Radojewiczanie przedstawili gorzką stronę najpopularniejszych polskich świąt – m. in. dnia babci, której zawsze dostaje się wszystko co najgorsze. Dostało się księżom, których wieś najwyraźniej przestaje czcić bezwarunkowo – w skeczu Samych Swoich z Sawina narzekający na biedę pleban musiał gęsto tłumaczyć się przed cyganką z luksusowego samochodu i wystrojonej gosposi. Z kolei starobylińskie Wspomnienie pokazało jak ksiądz usiłował wyłgać się od mandatu za nieprzepisową jazdę rowerem. Dobrze, że policjant był niewierzący, bo gdyby wiedział, że Bóg jest w trzech osobach, to dopiero biedny kapłan by zapłacił!
Cóż, jak widać rzeczywistość to – by ponownie odwołać się do Samych swoich – nie żadne dolce vita, lecz Samo Życie. A Łzy Sołtysa dodają na modłę „Balu”: - Niech żyje szmal, bo bez niego życie psa warte, a Bóg niech ci da złotą kartę.

My i oni
Wyśmienitym źródłem komizmu było cywilizacyjne zderzenie wsi i miasta. Oto w scence Onufrego zagraniczni polonusowie trafiają na nocleg do gospodarstwa i co się dzieje? Lingwistyczną mgłę wywołuje zwykły ogórek, a właściwie ogór, nie mówiąc już o perspektywie jego nocnego kiszenia. Niemniej skonfundowani byli filmowcy, gdy trafili do wykreowanych przez Węgrowian Kozichbobów, gdzie zamierzali przeprowadzić casting na najzdolniejszych ludowych artystów. Nie dość, że droga jak na trasie rajdu w Dakarze to jeszcze nigdzie śladu domu kultury, a rzutka pani sołtys na słowo casting w pierwszej chwili reaguje jak na diabła. Jednocześnie ma w chałupie telefon, a gdy przesłuchania się rozpoczynają, okazuje się, że wiejskie kobiety wcale nie są takie zahukane, jak sądzą miastowi.

Królowe publiczności
Widownię najbardziej rozruszały dwa zespoły. Kwidzyńskie Powiślanki poderwały folkową interpretacją „Jeziora łabędziego”, w której, niczym na jednym z obrazów Władysława Hasiora, w stadku łabędzi śnieżno białych znalazł się jeden czarny psotnik. Salwy śmiechu wywoływało To I Owo Na Ludowo z Gródka, przedstawiając skecz o pewnym swawolnym małżeństwie, które wprost ze stadionu piłkarskiego zostało wezwane na... komisję wojskową, a potem wcielone do armii. Ich występ był istną kopalnią dowcipów. Królował też sam Zbigniew Piątkowski, który – co chyba ma szansę stać się tradycją – już po konkursie śpiewał po kurpiowsku z gościem specjalnym drugiego Etno-Kabaretonu, Zofią Charamut.

Mińskie psoty
- Nie było przegranych – podkreślał Zbigniew Piątkowski. – Poziom był naprawdę wysoki, wyższy niż rok temu i bardzo wyrównany, o czym świadczą minimalne, sięgające niekiedy jednego punktu różnice w punktacji poszczególnych zespołów.
Wskazują na to również ostateczne podliczenia, gdzie między pierwszym i ostatnim zespołem różnica wyniosła zaledwie 41 punktów. W czołówce peletonu rozbieżności są także mikroskopijne.
Na szczycie podium stanęły roztańczone Powiślanki, które obok tytułu Etno-Psoty otrzymały dyplom i 750 zł z rąk pomagającego przy rozdawaniu nagród starosty Tarczyńskiego. Kolejne nagrody specjalne opiewające na 650 zł zdobyli Węgrowianie, Łochowianie, Onufry, Puszcza Zielona, Babskie Olekanie, a wyróżnienia specjalne i po 450 zł - Karniewiacy, Sami Swoi, Łzy Sołtysa, Kurpie z Jednorożca i Razem. Pozostałe zespoły – Wspomnienie, Wilkowianie, Wróblanki, Prządki, To i Owo, Radojewiczanie, Iwowianki i Zakukała Kukułecka – zostały uhonorowani wyróżnieniami w wysokości 400 zł.

Goście specjalni
Zwieńczeniem dnia - obok występu duetu Charamut-Piątkowski - były muzyczne popisy Marcina Gomulskiego, który zaśpiewał znany z grudniowej Miveny „Zbych blues”, zespołu Sleyd, Kapeli Małego Zdzicha i Okaryny. Goście usłyszeli też uczestników festiwalu piosenki aktorsko kabaretowej: zespół z Dabrówki, duet Oliwii Karpińskiej i Mileny Ziemborak oraz trzech tenorów – Jerzego Pielichowskiego, Michała Wąsowskiego i Michała Murawskiego.
Artystyczną fiestę zamknęła prawdziwa ludowa biesiada dla prawie 300 gości drugiego Etno-kabaretonu

Numer: 2009 17 Autor: Opr. Marcin Królik