Wzięli i opisali...

Ktoś, kto zobaczył ten ogrodzony wybieg przy Topolowej rzekł, że to lepiej jak w Ameryce, gdzie ponoć absolutna swoboda i wolnoamerykanka w wielu sferach życia społecznego są widoczne, choć ogrodzeń prawie nie zobaczysz. U nas wszystko czyni się podobno zgodnie z literą prawa. Wobec tego, czy w zakresie ogrodzeń osiedli, położonych w sąsiedztwie ulic miejskich jest taka litera jak widać na Topolowej?

Getta w siatce

Topolowa – ulica jak inne w mieście, choć trochę od nich odstająca, bo niedaleko Warszawskiej, ale lekko na uboczu. Rozpoczyna się od wejścia do mińskiego pałacu i biegnąc równolegle do głównej arterii miasta, kończy się na Świętokrzyskiej. W czasie tłoku na Warszawskiej, zawsze była przyspieszaczem dla kierowców. I oto na niej właśnie, w niemal centrum miasta, buduje się coś, co przyprawia przechodzących – nie mówiąc o sąsiadach – o przysłowiowy zawrót głowy.
Otóż nowi właściciele budynku o numerze 14, tak się przejęli swoją własnością, że postanowili odgrodzić się od spółdzielców. Co chcą i na cóż ta ogromna klatka – wiedzą tylko oni bądź tylko ich zarządca czy zarząd wspólnoty. A wspólnotą i właścicielami stali się, kiedy budowniczy i właściciel budynku – mińska Fabryka Urządzeń Dźwigowych – oddała obiekt lokatorom, którzy to kiedyś, przed laty od fabryki lokale dostali za darmo jako służbowe, w odróżnieniu od sąsiadujących z nimi spółdzielców Przełomu. Dzisiaj sobiepaństwo funkcjonuje w wielu miejscach, a tutaj na Topolowej jest właśnie widoczne. Nie bacząc na estetykę terenów miejskich, położenie osiedla spółdzielczego z obydwu stron oraz funkcjonalność całego terenu, korzystając z ułomnego w tym zakresie prawa, tworzy się coś – pewnie i dla wielu mieszkańców czternastki – niezrozumiałego. Pewnie nie wiedzą, że za to wszystko zapłacą wcale niemałe pieniądze. Jeszcze nie ukończono ogrodzeniowej akcji, a już komentarze są, i złośliwe, i celne zarazem. Bo są tacy co pytają, czy mieszkańcom czternastki potrzebne jest tak wysokie ogrodzenie, bo ten siatkowy płot ma prawie 2 i pół metra...
A tak dla porównania, to w schronisku w Celestynowie parkan jest dużo niższy, mimo obecności w niej kilkuset niesfornych mieszkańców. Są i tacy złośliwcy zastanawiający się, czy za tak wysokim płotem nie powstanie oby miejskie ZOO. Tak czy owak, ktoś to wymyślił (dobrze, żeby się przyznał), ktoś zaakceptował i pozwolił ustroić tą szkaradą ulicę i miasto. Chyba, że pomysłodawca i pomocnicy zamierzają opuścić miasto i z czegoś niezadowoleni chcą pozostawić ze złości paskudną pamiątkę po sobie. Należy sądzić, że kiedyś – może niedługo – młodzi następcy zrobią z tym porządek i rozbiorą ten cud techniki.

PS. Za tydzień – kto i dlaczego ściął w Stanisławowie pomnik przyrody

Numer: 2012 41 Autor: Witold Kopeć